Znalazłam coś w folderze, który powinien być zapisany jako " stare, zapomniane i reszta tego badziewia". Sentymentalne opowiadanie, bo jedno z pierwszych.
__________________________________________________________________
-Czego chcesz!- krzyknął w przestrzeń zirytowany. Zero odpowiedzi. Rozejrzał się wokół. Przesunął powoli wzrokiem po rzędach szarawych budynków, pustych i wymarłych ulic. Spojrzał w niebo. Płynęły po nim spokojnie bezkształtne chmurzyska. Wszystko w porządku, jak zwykle.
-Więc po co mnie wzywałeś?- mruknął Ichigo pod nosem i ruszył niespiesznie przed siebie.
Nie wiedział gdzie iść. W którą stronę się udać. Skoro Hollow nie wyszedł mu naprzeciw, to może znajdować się teraz w każdym miejscu i jeżeli nie chce być znaleziony to jest, to pewne, że nikt go nie odnajdzie. To było naprawdę denerwujące. Mimo iż to świat Ichigo, to Shirosaki znał go lepiej i poruszał się po nim zdecydowanie swobodniej niż prawowity władca.
-Królu…- chłopak usłyszał szept i natychmiast się zatrzymał. Okręcił wokół, najpierw w jedną, a potem w drugą stronę, by dostrzec skąd dobiegało. Nigdzie nie widział swojego Pustego.
-Wyłaź do cholery!- wrzasnął, ale odpowiedział mu tylko mrożący krew w żyłach chichot. Ichigo przeszedł dreszcz i poczuł jakiś przejmujący chłód od środka- Co on znowu kombinuje?- pomyślał i z przeczuciem, że zaraz może się coś wydarzyć. Sięgnął do rękojeści swojego miecza. Zacisnął na nim niepewnie palce i w tym samym momencie usłyszał jakiś szmer za plecami. Obracając się, uwolnił całkowicie swoją katanę, na czas by w ostatnim momencie sparować atak Hollowa. Zatrzymali się w metalicznym uścisku swoich broni. Zaskoczony Ichigo zdążył tylko zobaczyć żółte ślepia swojego alter ego, przepełnione szaleństwem, gniewem i nienawiścią. Nienawiścią do swojego króla- Ichigo, po czym ten znów błyskawicznie zniknął. Miecz chłopaka nie mając już oporu przed sobą przeciął powietrze pociągając za sobą właściciela. Kurosaki stracił równowagę, w ostatniej chwili lądując na kolanie tym samym broniąc się przed całkowitym upadkiem.
-Teme…- warknął ze spuszczoną głową, połykając gwałtownie hausty powietrza, by wyrównać oddech. Podniósł się na równe nogi, stanął w szerszym rozkroku dla stabilniejszej postawy i złapał oburącz swoje zanpaktou. Gniewnie rozejrzał się, w oczekiwaniu na kolejny szaleńczy atak Pustego. Był gotowy. Tym razem nie da się zaskoczyć. Będzie szybszy. Trwał tak chwilę, w kompletnym bezruchu i napięciu, gdy znów usłyszał ten charakterystyczny dźwięk. Ichigo kątem oka dostrzegł cień po swojej prawej stronie.
Hichigo wyskoczył na chłopaka z uniesionym mieczem, z zamiarem przekrojenia go na pół. Gdy już sięgał jego pomarańczowej czupryny ostrzem, mając w głowie tylko szaleńczą satysfakcję skupioną w myśli „ I tu Cię mam, królu…”, ten zniknął mu z oczu używając Shunpo. Kiedy biały miecz albinosa trafił na pustkę, ten rozdarł ciszę swoim histerycznym śmiechem.
-Tylko tchórz ucieka z pola walki!- usłyszał Ichigo- I ty śmiesz nazywać siebie królem?!
Pomarańczowowłosy przeżuł przekleństwo w swoich ustach. Mimo iż wiedział, że to tylko nędzna prowokacja ze strony Pustego, ciężko było mu znieść obelgę. Wolał być jednak marnym królem, ale ŻYĆ! Ruszył w jedynym możliwym kierunku, do wyjścia.
Bał się Hollowa, to nie ulega wątpliwości. Choć jest jego „królem” czuł przed nim strach. Tak nie powinno być, ale Ichigo nic na to nie mógł poradzić. Szaleństwo albinosa było nie do okiełznania, a jego nienawiść była tak materialna, że chłopak w żaden sposób nie mógł jej zaradzić.
Przed oczami przelatywały mu najgorsze scenariusze, tego co może się wydarzyć, jeżeli w porę nie zdąży przekroczyć granicy.
- W najlepszym wypadku poćwiartuje mnie na drobne kawałki- mruknął do siebie zrezygnowany chłopak. Wizja tak marnego końca paraliżowała go, ale brnął nadal na przód, częściowo wbrew swojej woli. W napięciu stawiał każdy krok, starając się robić jak najmniej hałasu. Choć i to nie miało sensu, bo Pusty już od chwili, wisząc na ścianie jednego z budynków obserwował swoją ofiarę, pokonującą powoli kolejny odcinek drogi. Drogi która zaprowadzi go prosto w objęcia śmierci.
Kurosaki czując podświadomie obecność wroga przyspieszył kroku, a gdy usłyszał za sobą śmiech wyrwał się do szaleńczego biegu. Wbiegł na jedną z węższych ulic. Starał się lawirować między budynkami tak by jakoś zgubić, zmylić chociaż na chwilę Pustego. Skręcił najpierw w prawo a potem w lewo, przemierzając coraz to węższe uliczki. Gdy Shinigami biegł przez miejski labirynt, zrozumiał że już od dłuższej chwili nie czuł, ani nie słyszał obecności Hichigo. Rozluźnił się i poczuł w głębi duszy nadzieję- nie tym razem, draniu- pomyślał i skręcił ostatni raz w prawo. Przed oczami wyrosła mu ściana. Chłopak otworzył oczy ze zdziwienia. Wyciągnął rękę przed siebie i niepewnie, drżącymi pacami dotknął ściany, jakby nie mógł do końca uwierzyć, że ta przed nim tak po prostu stoi. Gdy przekonał się o autentyczności przeszkody, oparł się o nią dłonią i spuścił głowę
-Tem…- szepnął do siebie, ale nie zdążył skończyć. Dobiegł go za pleców odgłos zbliżających się kroków. Ichigo powoli odwrócił się z irracjonalną nadzieją, że to może wcale nie idzie Hollow, ale gdy się obrócił zza rogu wyszedł ON. Shirosaki zatrzymał się i uśmiechnął. Napawał się chwilą tryumfu. Shinigami patrzył bezmyślnie na swojego oprawce niezdolny do wymyślenia żadnej drogi ucieczki. Stał przed nim wysoki, smukły mężczyzna. Miał śnieżnobiałą skórę i tego samego koloru zmierzwione włosy. Jego ciało było silne i umięśnione, a każda jego część była zawsze gotowa do ataku. Na jego twarzy szerzył się złowieszczy, ale szeroki uśmiech. Ale to co najbardziej przykuwało uwagę, to jego oczy. Czarne, głęboko osadzone z mieniącymi się na złoto, żółtymi tęczówkami. Jego spojrzenie mogłoby zamrozić wszystko w zasięgu wzroku, a jednocześnie czająca się tam nienawiść i gniew mogły topić lód. Ichigo patrząc na niego zdał sobie sprawę, że właśnie te oczy będą ostatnią rzeczą jaką zobaczy przed śmiercią. Stały się one nagle dla niego całym światem, czuł że przeszywają go na wylot i widzą wnętrze jego duszy. Nie mógł przed nimi uciec, schować się. Shinigami zrobił krok do tyłu i natrafił na ścianę. Przytulił się do niej plecami, a jej chłodna powierzchnia wydała mu się przyjemnie ciepła w porównaniu z zimnem jakie odczuwał wewnątrz siebie. Strach sprawił, że jedyne co był w stanie robić, to bezmyślnie mrugać i oddychać, choć i to teraz przychodziło mu z trudem. Shirosaki zrobił krok w jego kierunku, na co chłopak jeszcze bardziej próbował się wtopić w ścianę. Jego serce zaczęło bić w szaleńczym rytmie, a jedyne o czym teraz myślał to, jak to się stało, że znalazł się w tak beznadziejnej sytuacji. Wydawało się, że nie ma chyba nic bardziej żałosnego jak zginąć w jakimś obskurnym, zatęchłym zaułku, będąc niezdolnym do walki, z ręki alter ego i to jeszcze we własnym, wewnętrznym świecie. Tutaj wszystko powinno być pod jego kontrolą. Tu powinien czuć się bezpiecznie. Powinien być królem!
Ichigo skurczył się w sobie gdy albinos pokonał odległość, jaka ich dzieliła i stanął tuż przed młodzieńcem, tak że ten czuł na twarzy jego chłodny oddech. Ichigo przeszły ciarki i dziwiąc się swojej beznadziejnej bezbronności zaczął w myślach błagać Hollowa o szybki koniec. Jednak sadystyczny uśmiech Shirosakiego nie zapowiadał lekkiego i bezbolesnego zakończenia jego życia.
-Ichi, możemy w końcu zaczynać?- spytał albinos opierając miecz na ramieniu
-A-ale co… zaczynać?- wyjąkał bezmyślnie pomarańczowowłosy co wywołało łagodny uśmiech politowania na twarzy Hichigo
-Jak to co?- podniósł swoją katanę nad głowę przymierzając się do zamachu- twój koniec!
_____________________________________________________________________
poniedziałek, 11 listopada 2013
piątek, 1 listopada 2013
盗まれた愛 III
Ichigo!- podbiegł zdyszany chłopak do przyjaciół wychodzących ze szkoły- mogliście na mnie poczekać!
-Keiko, nie marudź i chodź- odpowiada Tatsuki i wraca do rozmowy z rudą dziewczyną idąc na czele grupy.
- Jak dobrze, że już piątek...- wzdycha zadowolony zrównując się z resztą.
Kierują się w stronę wyjścia, gdy Keiko nagle się zatrzymuje .
-Ludzie, stójcie!- krzyczy podekscytowany.
Ichigo i Chad śmiejąc się z nowego wydania ich ulubionej mangi, wymijają go i nikt nie zwraca na niego uwagi. Pomysły chłopaka zazwyczaj nie są warte zainteresowania, a co dopiero realizacji. Jednak niezrażony goni za grupą i kontynuuje.
-Hej! No mam pomysł!- podbiega do rudej dziewczyny, która przystaje, a za nią cała reszta- Karaoke!
-Hee?
-Chodźmy na karaoke. Co ty na to, Inoue ?- patrzy z nadzieją, że ona przekona resztę grupy.
Dziewczyna niepewnie rozgląda się po twarzach przyjaciół i zatrzymuje się na Kurosakiego.
-Ichigo?
-Hmm...- rudowłosy udaje, że się zastanawia i posyła uśmiech dziewczynie- czemu nie?
Ulga i euforia malujące się na twarzy dziewczyny wydały się zabawne Tatsuki, ale skwitowała to tylko pobłażliwym uśmiechem. Jeżeli Orihime jest szczęśliwa, to ona też. Jeśli towarzystwo Kurosakiego sprawia, że się rumieni, to cóż? Nic na to nie poradzi. Jeszcze raz zerka na rozanieloną twarz dziewczyny, by upewnić się w swoim przekonaniu i włącza się do rozmowy przyjaciół.
Mijają bramę, gdy słyszą tuż obok
-Yo! Truskawa...
Ktoś szarpnął Ichigo za nadgarstek i pociągnął mocno do tyłu, wykręcając niemal boleśnie. Chłopak już odwraca się wkurzony, gotowy przyłożyć żartownisiowi, gdy jego spojrzenie krzyżuje się z żółtymi ślepiami. Traci całą parę i staje jak wryty.
-Sh- Shiro?
-Czekałem
Co? Czemu on tu stoi?! Po co tu przylazł? Dlaczego? Czy może... Nie! To niemożliwe. Zapomniałem! Piątek. Przecież jest pieprzony piątek i znów ta głupawa kontrola. Na śmierć o tym zapomniałem! Nie!
Rudowłosy tępo wpatruje się w chłopaka i po raz tysięczny zastanawia się, co go podkusiło żeby zatrzymywać się tamtego dnia? Czemu widząc tamto wydarzenie po prostu się nie odsunął i nie przepuścił uciekającego chłopaka? Co wywołało ten cholerny impuls w jego mięśniach zmuszając do szybkiego zrywu? By uratować tego potwora, który stoi przed nim? Co na miłość boską?!
Odbijały się słowa w jego głowie w akompaniamencie szyderczego śmiechu albinosa.
Dlaczego ja?
-Możemy iść- bardziej stwierdził niż spytał Hichigo i ruszył w przeciwny kierunku
-Nie
-Słu-cham?-odwracając się, spytał powoli przeciągając sylaby
-Nie idę z TOBĄ
-Chyba się nie zrozumieliśmy...
Wszyscy stali jak wryci nie wiedząc co się dzieje. Uważnie obserwowali dwójkę, mierzącą się zabójczymi spojrzeniami. Atmosfera ciążyła niczym gradowa chmura i choć nie padło ani jedno słowo, miało się wrażenie, że jest się w samym centrum zaciekłej wojny. Trwająca cisza zaczęła się ciągnąć i budzić coraz większe zniecierpliwienie. Wtem siła Ichigo zaczynała wyraźnie topnieć. Wyglądało jakby jego postać zaczęła się kruszyć i zanikać, zdominowana przez potężną aurę przeciwnika. Wydawać się mogło, że sama obecność obcego wysysała determinację chłopaka.
-Możesz przestać?! Chcę pójść na karaoke!- chciał odwrócić wzrok, ale nie był w stanie.
Albinos nie odpowiedział. Skupił swoje chłodne spojrzenie na chłopaku. Chociaż żółte ślepia taksowały wyłącznie Kurosakiego, wszyscy wokół poczuli się nieswojo. Dojmujący chłód przeszedł, ogarniając całą grupę. Pogrążając w całkowitej niemocy.
To dopiero przebudziło Ichigo. Spojrzał za siebie, na milczących przyjaciół, którzy stali jak skamieniali. Ich puste spojrzenia, jakby zastygłe szklane kule. Zacisnął wściekły pięści, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni. Do bólu. Sprawka Shiro i jego paskudnego usposobienia. Prychnął gniewnie i nie żegnając się wyminął albinosa.
Hichigo uśmiechając się pod nosem po kolejnej wygranej bitwie, ruszył leniwie za rudowłosym.
Pierwszy ocknął się Ishida, karcąc się w myślach za brak czujności. Jak mógł dać się zdominować tak nieokrzesanemu, jak widać na pierwszy rzut oka, dziwakowi?
-Co to było?-Mizuiro z niedowierzaniem mrugał oczami
-Znajomy Kurosakiego?
Wszyscy wpatrywali się w odchodzącą parę.
-Przyszedł po niego...- wyjąkała Inoue, bardziej do siebie niż do kogoś innego- tak jak w zeszłym tygodniu.
Oddalili się spory kawałek od szkoły, ale nadal szli główną drogą. Zbliżali się do centrum i mijali coraz więcej sklepów i kawiarni. Wtopili się w rzekę ludzi, śpieszących się to w jedną, to w drugą stronę i nikt tak na prawdę, nie zwracał uwagi na osobliwy duet. Hichigo parę kroków za chłopakiem, wpatrywał się w jego spięte plecy, które co jaki czas przesłaniał inny przechodzeń. Promieniował z niego gniew, co tylko rozweseliło albinosa.
Może ten dzień nie jest jeszcze do końca stracony?, pomyślał rozbawiony i zbliżył się do chłopaka.
-Długo będziesz się jeszcze dąsać ?
Ichigo posłał mu krótkie wściekłe spojrzenie, które na nieszczęście nie potrafiło tego, co te bazyliszkowe. Przyspieszył kroku znikając za ścianą obcych ciał, znów zostawiając w tyle niechcianego towarzysza. Shiro jednak szybko wyłapał go w tłumie i uśmiechnął się szyderczo.
-A powiedz mi, ta ruda... to długo już tak?- na wzmiankę o Inoue chłopak poczuł dreszcz niepokoju.
-Wpatruje się w ciebie jak ciele w malowane wrota- kontynuuje albinos- Ale ty chyba nie...?
Ichigo ściąga brwi w wyrazie niemego pytania.
-No chyba Ci się nie podoba, prawda? Poczułbym się urażony.
-Urażony?
-Twoim prymitywnym gustem...-Shiro odwraca spojrzenie i udaje, że się nad czymś poważnie zastanawia- Denerwuje mnie ta dziewucha, wiesz? Na szczęście, kobieta jest najsłabsza, gdy kocha, a najsilniejsza...- głupawe spojrzenie Ichigo mówi wszystko- z resztą, nieważne...
-Co?
-"Proszę", a nie "co". To Osterfield, nieuku. Powiedziałem, że łatwo można by się jej pozbyć.
-Nie waż się jej tknąć!
-Jej?! Fuj. Nawet dwumetrowym kijem!- posyła rozpromieniony uśmiech rudzielcowi, co jeszcze bardziej go rozjusza.
-Długo będziesz mnie dręczyć?! Może znalazłbyś sobie kogoś bardziej odpowiedniego zamiast za mną łazić!- reaguje parę przechodniów zaskoczonych nagłym wybuchem.
-To niemożliwe!- Hichigo wymija chłopaka, który zignorowany zostaje z rozdziawionymi ustami, i szybkim krokiem podchodzi do jednej z witryn sklepowych. Po chwili znika we wnętrzu sklepu ze słodyczami.
-Czy on w ogóle mnie słyszy?- mamrocze pod nosem Ichigo i rusza śladem towarzysza.
Na pierwszy rzut oka, nigdzie go nie widać. Wnętrze przytłacza swoim tandetnym, lukrowy wystrojem. Wszędzie stoją, wiszą i leżą ogromne plastikowe łakocie. Mają okrągłe, błyszczące oczy i nienaturalnie szeroko uśmiechają się do klienta. Aż strach sięgnąć po coś z półek. A jednak, Shiro wbiegł tu niesamowicie czymś podniecony.
Rudzielec ruszył wzdłuż pierwszego działu poświęconego wielu rodzajom żelków. Kto by w ogóle pomyślał, że jest ich aż tyle? Starannie starał się omijać poliwęglanowe reprodukcje półkowych rarytasów z obawy, że te mogą ożyć i go złapać, a potem ... pożreć?
Mijał kolejno czekoladowe batoniki, ciasteczka z wróżbą, lizaki, małe torciki, czekoladowe figurki (gdyby ktoś przypadkiem chciał zjeść swojego ulubionego bohatera) i wiele innych z pewnością słodkich rzeczy. Jednak nigdzie nie napotkał albinosa. Jeżeli ma zamiar się ukrywać, to Ichigo nie ma ochoty brać udziału w jego chorych zabawach. Przeszedł obok kasy w kierunku wyjścia.
-Przepraszam! Rachunek!
Ichigo zatrzymał się zdezorientowany. Spojrzał na kasjerkę, która idealnie wpasowywała się w atmosferę sklepu. Malutka, z wielkimi oczami i niewinnym wyrazem okrągłej buzi. Gdyby ją ugryźć to pewnie byłaby z marcepanu. Czyli niezjadliwa...
-Proszę?
-Nie zapłacił pan
-Jak pani widzi, nic nie kupiłem- Ichigo rozłożył ręce by pokazać, że rzeczywiście nic przy sobie nie ma
-Pański przyjaciel powiedział, że...
Że mój co?!
-A on już wyszedł?
-Tak. Powiedział, że pan za wszystko zapłaci...- kasjerka zaniepokojona wpatrywała się w rudego chłopaka.
Zabiję go!
Kurosaki jednak bez dalszej dyskusji wyjął portfel i zapłacił. Wyszedł ze sklepu. Nigdzie nie widział "swojego przyjaciela". Dostrzegł do po chwili, gdy ten właśnie skręcał za róg pobliskiego budynku.
Dogonił go dopiero w pobliskim parku. Stał na moście opierając się o metalową balustradę i leniwie chrupał czekoladowy patyczek. Chłopak gotował się w sobie i przez całą drogę wymyślał alternatywy swojego przemówienia, które miał zamiar zaserwować albinosowi. O równym traktowaniu i nietykalności osobistej. Zarówno fizycznej, jak i, a może w szczególności majątkowej. Rozważał też możliwość podejścia do niego i najzwyczajniej wrzucenia go do rzeki. Niestety zostawała możliwość, że jakoś uda mu się przeżyć, a nie wiedział do czego tamten jest zdolny, mokry i zły. Jednak gdy go zobaczył i to jak obojętnie wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, ogarnęła go rezygnacja. Przecież i tak nic nie wskóra. Dlatego też podszedł i tylko oparł się tyłem o tę samą balustradę.
-Mam nadzieję, że ci przynajmniej smakuje...
-Szczerze?- Ichigo szerzej otwiera oczy widząc minę chłopaka- pyszne!
Zupełnie naturalny, niewinny uśmiech Shirosakiego wprawił rudzielca w oniemienie. Wpatrywał się w ten niezwykły obraz z niedowierzaniem. Jakby ujrzał go po raz pierwszy, zupełnie inną osobę.
Takiego, z tym rozbrajającym uśmiechem mógłby nawet polubić. Na tę myśl Ichigo się rumieni i zaraz karci za głupie pomysły.
Niestety, magiczna chwila prysnęła jak bańka mydlana i to w baśniowej opowiastce, bo znów pojawił się mroczny Shiro z przygnębieniem obserwujący nurt rzeki.
-Więc jak? Wydarzyło się w tym tygodniu coś podejrzanego?- zapytał albinos po chwili milczenia, chowając swój smak dzieciństwa do kieszeni.
-Poza twoimi odwiedzinami? Przecież dobrze wiesz- wzdycha i spogląda na towarzysza- po co ta cała szopka? Kto miałby się mną zainteresować...
-Na pewno? Nikt podejrzany się nie kręcił? W szkole albo przy wasze klinice. Nikt?
-Nie. Dasz w końcu spokój? Nie potrzebuję ochrony!- niecierpliwi się Ichigo
-Gówno mnie obchodzi twoje bezpieczeństwo-burczy- Byłeś w naszej kryjówce, możesz sypnąć.
Jak mogłem chociaż przez chwilę pomyśleć o polubieniu tego typa?, zastanawia się Ichigo patrząc na niego spode łba.
-To po co mnie tam zaciągnąłeś?!
-Jak to? -na twarzy albinosa maluje się zdziwienie- Chciałem cię przelecieć
Ichigo nabrał powietrza. Gorączkowo szukał w głowie riposty na niewybredny żart chłopaka. Jednak przeciągająca cisza i piekące policzki zmusiły rudzielca do najprostszego rozwiązania:
-Jesteś powalony!- odwraca się z zamiarem odejścia, gdy Shiro zarzuca mu ramię na szyję i przyciska głowę chłopaka do piersi, zakleszczając w swoim uścisku.
-A ty taki uroczy kiedy się złościsz...
-Puszczaj!
Ichigo wyrywa się z objęć (a raczej albinos, wypuszcza go) i odsuwa na bezpieczną odległość.
-Iii...
-Co "i"?- burczy obrażony rudzielec
-Straciłeś szansę.
-Szansę?- podnosi wzrok.
-Myślałem, że chcesz uciec.
-Chcę! Jesteś zboczonym sadystą i powinni cię trzymać w zamknięciu!
-A mimo wszystko nadal tu stoisz...- Hichigo rozbawiony patrzy na zmieszanego chłopaka, który nie wie gdzie uciec wzrokiem przed jego ironicznym uśmieszkiem- jesteś w takim razie masochistą?
-Proszę?!
-No, szybko się uczysz. Może dlatego mi się od razu spodobałeś.
Ichigo prychnął oburzony. Odwraca się, by ukryć rumieńce, co nie umyka uwadze albinosa.
Słonce na horyzoncie zaczyna chować się za kurtyną wysokich drzew roztaczając lepką, pomarańczową łunę. Bez słowa ruszyli z powrotem rzucając przed siebie długie cienie, kołyszące się niebezpiecznie blisko siebie. Zatrzymali się dopiero przed szkolną bramą, gdy różowa tarcza prawie całkowicie ustąpiła mrokowi nocy.
-Mam propozycję nie do odrzucenia...
-Ojciec chrzestny? Serio? Nie stać cię na nic lepszego?- kpi Ichigo
-Wybacz, muszę dopiero odświeżyć szekspirowskie klasyki. Ale do rzeczy- odchrząka- jutro o dziewiątej widzę cię przy kiosku, na przeciwko tamtego parku.
-Jutro jest sobota.
-Chcesz jeszcze mnie w jakimś temacie oświecić?- Shiro ironicznie podnosi jedną brew.
-Tak. Chyba cię powaliło jeśli sądzisz, że zmarnuję sobotę dla twoich widzimisię!
-Chyba musimy popracować nad twoim ubogim słownictwem, nie sądzisz?
-Wal się!
-Tak z całą pewnością musimy... To co? Nie spóźnisz się?
-Po co mam przychodzić?
-Będziesz mi potrzebny.
-Ale do czego?
-Do...-Hichigo zacina się po czym odwraca spojrzenie- dowiesz się jutro.
Po raz pierwszy zobaczył jak albinos jest zmieszany. Pierwszy raz, gdy to nie Ichigo unika kontaktu wzrokowego. Aż chce się śmiać.
-Shiro?- chłopak zrobił krok w kierunku albinosa.
Nie zdążył jednak zareagować, kiedy Hichigo gwałtownie się odsunął. Z rozbieganym spojrzeniem szybko się odwrócił i ruszył przed siebie. Już miał zniknąć na skrzyżowaniu, gdy się zatrzymał. Zakołysał się na piętach w przód i w tył. Jakby nie wiedząc czy coś zrobić, czy może iść dalej. Odwrócił głowę i się uśmiechnął.
-Jeżeli się spóźnisz kara będzie sroga!- powiedział po czym zniknął w ciemnej uliczce.
Choć wypowiedzianym słowom towarzyszył żartobliwy ton, zdanie te rozbrzmiewało jeszcze przez długi czas w głowie Ichigo. Poczuł zimny dreszcz i nie wiadomo, już który raz obejrzał się za siebie, wracając do domu. Każdemu słowu rozbrzmiewającemu w głowie, towarzyszyło spojrzenie albinosa, tak okrutnie niewspółgrające. Żółte ślepia znów pałały żądzą mordu i ukrywaną nienawiścią. Miażdżąca moc spojrzenia albinosa, mówiąca kto tu jest panem sytuacji, znów zmiotła resztki pewności siebie chłopaka. I nieważnie kim jest ten człowiek, jeżeli w ogóle nim jest, Ichigo nie ma zamiaru nawet myśleć o możliwości spóźnienia się na jutrzejsze spotkanie.
___________________________________________________________________
-Keiko, nie marudź i chodź- odpowiada Tatsuki i wraca do rozmowy z rudą dziewczyną idąc na czele grupy.
- Jak dobrze, że już piątek...- wzdycha zadowolony zrównując się z resztą.
Kierują się w stronę wyjścia, gdy Keiko nagle się zatrzymuje .
-Ludzie, stójcie!- krzyczy podekscytowany.
Ichigo i Chad śmiejąc się z nowego wydania ich ulubionej mangi, wymijają go i nikt nie zwraca na niego uwagi. Pomysły chłopaka zazwyczaj nie są warte zainteresowania, a co dopiero realizacji. Jednak niezrażony goni za grupą i kontynuuje.
-Hej! No mam pomysł!- podbiega do rudej dziewczyny, która przystaje, a za nią cała reszta- Karaoke!
-Hee?
-Chodźmy na karaoke. Co ty na to, Inoue ?- patrzy z nadzieją, że ona przekona resztę grupy.
Dziewczyna niepewnie rozgląda się po twarzach przyjaciół i zatrzymuje się na Kurosakiego.
-Ichigo?
-Hmm...- rudowłosy udaje, że się zastanawia i posyła uśmiech dziewczynie- czemu nie?
Ulga i euforia malujące się na twarzy dziewczyny wydały się zabawne Tatsuki, ale skwitowała to tylko pobłażliwym uśmiechem. Jeżeli Orihime jest szczęśliwa, to ona też. Jeśli towarzystwo Kurosakiego sprawia, że się rumieni, to cóż? Nic na to nie poradzi. Jeszcze raz zerka na rozanieloną twarz dziewczyny, by upewnić się w swoim przekonaniu i włącza się do rozmowy przyjaciół.
Mijają bramę, gdy słyszą tuż obok
-Yo! Truskawa...
Ktoś szarpnął Ichigo za nadgarstek i pociągnął mocno do tyłu, wykręcając niemal boleśnie. Chłopak już odwraca się wkurzony, gotowy przyłożyć żartownisiowi, gdy jego spojrzenie krzyżuje się z żółtymi ślepiami. Traci całą parę i staje jak wryty.
-Sh- Shiro?
-Czekałem
Co? Czemu on tu stoi?! Po co tu przylazł? Dlaczego? Czy może... Nie! To niemożliwe. Zapomniałem! Piątek. Przecież jest pieprzony piątek i znów ta głupawa kontrola. Na śmierć o tym zapomniałem! Nie!
Rudowłosy tępo wpatruje się w chłopaka i po raz tysięczny zastanawia się, co go podkusiło żeby zatrzymywać się tamtego dnia? Czemu widząc tamto wydarzenie po prostu się nie odsunął i nie przepuścił uciekającego chłopaka? Co wywołało ten cholerny impuls w jego mięśniach zmuszając do szybkiego zrywu? By uratować tego potwora, który stoi przed nim? Co na miłość boską?!
Odbijały się słowa w jego głowie w akompaniamencie szyderczego śmiechu albinosa.
Dlaczego ja?
-Możemy iść- bardziej stwierdził niż spytał Hichigo i ruszył w przeciwny kierunku
-Nie
-Słu-cham?-odwracając się, spytał powoli przeciągając sylaby
-Nie idę z TOBĄ
-Chyba się nie zrozumieliśmy...
Wszyscy stali jak wryci nie wiedząc co się dzieje. Uważnie obserwowali dwójkę, mierzącą się zabójczymi spojrzeniami. Atmosfera ciążyła niczym gradowa chmura i choć nie padło ani jedno słowo, miało się wrażenie, że jest się w samym centrum zaciekłej wojny. Trwająca cisza zaczęła się ciągnąć i budzić coraz większe zniecierpliwienie. Wtem siła Ichigo zaczynała wyraźnie topnieć. Wyglądało jakby jego postać zaczęła się kruszyć i zanikać, zdominowana przez potężną aurę przeciwnika. Wydawać się mogło, że sama obecność obcego wysysała determinację chłopaka.
-Możesz przestać?! Chcę pójść na karaoke!- chciał odwrócić wzrok, ale nie był w stanie.
Albinos nie odpowiedział. Skupił swoje chłodne spojrzenie na chłopaku. Chociaż żółte ślepia taksowały wyłącznie Kurosakiego, wszyscy wokół poczuli się nieswojo. Dojmujący chłód przeszedł, ogarniając całą grupę. Pogrążając w całkowitej niemocy.
To dopiero przebudziło Ichigo. Spojrzał za siebie, na milczących przyjaciół, którzy stali jak skamieniali. Ich puste spojrzenia, jakby zastygłe szklane kule. Zacisnął wściekły pięści, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni. Do bólu. Sprawka Shiro i jego paskudnego usposobienia. Prychnął gniewnie i nie żegnając się wyminął albinosa.
Hichigo uśmiechając się pod nosem po kolejnej wygranej bitwie, ruszył leniwie za rudowłosym.
Pierwszy ocknął się Ishida, karcąc się w myślach za brak czujności. Jak mógł dać się zdominować tak nieokrzesanemu, jak widać na pierwszy rzut oka, dziwakowi?
-Co to było?-Mizuiro z niedowierzaniem mrugał oczami
-Znajomy Kurosakiego?
Wszyscy wpatrywali się w odchodzącą parę.
-Przyszedł po niego...- wyjąkała Inoue, bardziej do siebie niż do kogoś innego- tak jak w zeszłym tygodniu.
Oddalili się spory kawałek od szkoły, ale nadal szli główną drogą. Zbliżali się do centrum i mijali coraz więcej sklepów i kawiarni. Wtopili się w rzekę ludzi, śpieszących się to w jedną, to w drugą stronę i nikt tak na prawdę, nie zwracał uwagi na osobliwy duet. Hichigo parę kroków za chłopakiem, wpatrywał się w jego spięte plecy, które co jaki czas przesłaniał inny przechodzeń. Promieniował z niego gniew, co tylko rozweseliło albinosa.
Może ten dzień nie jest jeszcze do końca stracony?, pomyślał rozbawiony i zbliżył się do chłopaka.
-Długo będziesz się jeszcze dąsać ?
Ichigo posłał mu krótkie wściekłe spojrzenie, które na nieszczęście nie potrafiło tego, co te bazyliszkowe. Przyspieszył kroku znikając za ścianą obcych ciał, znów zostawiając w tyle niechcianego towarzysza. Shiro jednak szybko wyłapał go w tłumie i uśmiechnął się szyderczo.
-A powiedz mi, ta ruda... to długo już tak?- na wzmiankę o Inoue chłopak poczuł dreszcz niepokoju.
-Wpatruje się w ciebie jak ciele w malowane wrota- kontynuuje albinos- Ale ty chyba nie...?
Ichigo ściąga brwi w wyrazie niemego pytania.
-No chyba Ci się nie podoba, prawda? Poczułbym się urażony.
-Urażony?
-Twoim prymitywnym gustem...-Shiro odwraca spojrzenie i udaje, że się nad czymś poważnie zastanawia- Denerwuje mnie ta dziewucha, wiesz? Na szczęście, kobieta jest najsłabsza, gdy kocha, a najsilniejsza...- głupawe spojrzenie Ichigo mówi wszystko- z resztą, nieważne...
-Co?
-"Proszę", a nie "co". To Osterfield, nieuku. Powiedziałem, że łatwo można by się jej pozbyć.
-Nie waż się jej tknąć!
-Jej?! Fuj. Nawet dwumetrowym kijem!- posyła rozpromieniony uśmiech rudzielcowi, co jeszcze bardziej go rozjusza.
-Długo będziesz mnie dręczyć?! Może znalazłbyś sobie kogoś bardziej odpowiedniego zamiast za mną łazić!- reaguje parę przechodniów zaskoczonych nagłym wybuchem.
-To niemożliwe!- Hichigo wymija chłopaka, który zignorowany zostaje z rozdziawionymi ustami, i szybkim krokiem podchodzi do jednej z witryn sklepowych. Po chwili znika we wnętrzu sklepu ze słodyczami.
-Czy on w ogóle mnie słyszy?- mamrocze pod nosem Ichigo i rusza śladem towarzysza.
Na pierwszy rzut oka, nigdzie go nie widać. Wnętrze przytłacza swoim tandetnym, lukrowy wystrojem. Wszędzie stoją, wiszą i leżą ogromne plastikowe łakocie. Mają okrągłe, błyszczące oczy i nienaturalnie szeroko uśmiechają się do klienta. Aż strach sięgnąć po coś z półek. A jednak, Shiro wbiegł tu niesamowicie czymś podniecony.
Rudzielec ruszył wzdłuż pierwszego działu poświęconego wielu rodzajom żelków. Kto by w ogóle pomyślał, że jest ich aż tyle? Starannie starał się omijać poliwęglanowe reprodukcje półkowych rarytasów z obawy, że te mogą ożyć i go złapać, a potem ... pożreć?
Mijał kolejno czekoladowe batoniki, ciasteczka z wróżbą, lizaki, małe torciki, czekoladowe figurki (gdyby ktoś przypadkiem chciał zjeść swojego ulubionego bohatera) i wiele innych z pewnością słodkich rzeczy. Jednak nigdzie nie napotkał albinosa. Jeżeli ma zamiar się ukrywać, to Ichigo nie ma ochoty brać udziału w jego chorych zabawach. Przeszedł obok kasy w kierunku wyjścia.
-Przepraszam! Rachunek!
Ichigo zatrzymał się zdezorientowany. Spojrzał na kasjerkę, która idealnie wpasowywała się w atmosferę sklepu. Malutka, z wielkimi oczami i niewinnym wyrazem okrągłej buzi. Gdyby ją ugryźć to pewnie byłaby z marcepanu. Czyli niezjadliwa...
-Proszę?
-Nie zapłacił pan
-Jak pani widzi, nic nie kupiłem- Ichigo rozłożył ręce by pokazać, że rzeczywiście nic przy sobie nie ma
-Pański przyjaciel powiedział, że...
Że mój co?!
-A on już wyszedł?
-Tak. Powiedział, że pan za wszystko zapłaci...- kasjerka zaniepokojona wpatrywała się w rudego chłopaka.
Zabiję go!
Kurosaki jednak bez dalszej dyskusji wyjął portfel i zapłacił. Wyszedł ze sklepu. Nigdzie nie widział "swojego przyjaciela". Dostrzegł do po chwili, gdy ten właśnie skręcał za róg pobliskiego budynku.
Dogonił go dopiero w pobliskim parku. Stał na moście opierając się o metalową balustradę i leniwie chrupał czekoladowy patyczek. Chłopak gotował się w sobie i przez całą drogę wymyślał alternatywy swojego przemówienia, które miał zamiar zaserwować albinosowi. O równym traktowaniu i nietykalności osobistej. Zarówno fizycznej, jak i, a może w szczególności majątkowej. Rozważał też możliwość podejścia do niego i najzwyczajniej wrzucenia go do rzeki. Niestety zostawała możliwość, że jakoś uda mu się przeżyć, a nie wiedział do czego tamten jest zdolny, mokry i zły. Jednak gdy go zobaczył i to jak obojętnie wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, ogarnęła go rezygnacja. Przecież i tak nic nie wskóra. Dlatego też podszedł i tylko oparł się tyłem o tę samą balustradę.
-Mam nadzieję, że ci przynajmniej smakuje...
-Szczerze?- Ichigo szerzej otwiera oczy widząc minę chłopaka- pyszne!
Zupełnie naturalny, niewinny uśmiech Shirosakiego wprawił rudzielca w oniemienie. Wpatrywał się w ten niezwykły obraz z niedowierzaniem. Jakby ujrzał go po raz pierwszy, zupełnie inną osobę.
Takiego, z tym rozbrajającym uśmiechem mógłby nawet polubić. Na tę myśl Ichigo się rumieni i zaraz karci za głupie pomysły.
Niestety, magiczna chwila prysnęła jak bańka mydlana i to w baśniowej opowiastce, bo znów pojawił się mroczny Shiro z przygnębieniem obserwujący nurt rzeki.
-Więc jak? Wydarzyło się w tym tygodniu coś podejrzanego?- zapytał albinos po chwili milczenia, chowając swój smak dzieciństwa do kieszeni.
-Poza twoimi odwiedzinami? Przecież dobrze wiesz- wzdycha i spogląda na towarzysza- po co ta cała szopka? Kto miałby się mną zainteresować...
-Na pewno? Nikt podejrzany się nie kręcił? W szkole albo przy wasze klinice. Nikt?
-Nie. Dasz w końcu spokój? Nie potrzebuję ochrony!- niecierpliwi się Ichigo
-Gówno mnie obchodzi twoje bezpieczeństwo-burczy- Byłeś w naszej kryjówce, możesz sypnąć.
Jak mogłem chociaż przez chwilę pomyśleć o polubieniu tego typa?, zastanawia się Ichigo patrząc na niego spode łba.
-To po co mnie tam zaciągnąłeś?!
-Jak to? -na twarzy albinosa maluje się zdziwienie- Chciałem cię przelecieć
Ichigo nabrał powietrza. Gorączkowo szukał w głowie riposty na niewybredny żart chłopaka. Jednak przeciągająca cisza i piekące policzki zmusiły rudzielca do najprostszego rozwiązania:
-Jesteś powalony!- odwraca się z zamiarem odejścia, gdy Shiro zarzuca mu ramię na szyję i przyciska głowę chłopaka do piersi, zakleszczając w swoim uścisku.
-A ty taki uroczy kiedy się złościsz...
-Puszczaj!
Ichigo wyrywa się z objęć (a raczej albinos, wypuszcza go) i odsuwa na bezpieczną odległość.
-Iii...
-Co "i"?- burczy obrażony rudzielec
-Straciłeś szansę.
-Szansę?- podnosi wzrok.
-Myślałem, że chcesz uciec.
-Chcę! Jesteś zboczonym sadystą i powinni cię trzymać w zamknięciu!
-A mimo wszystko nadal tu stoisz...- Hichigo rozbawiony patrzy na zmieszanego chłopaka, który nie wie gdzie uciec wzrokiem przed jego ironicznym uśmieszkiem- jesteś w takim razie masochistą?
-Proszę?!
-No, szybko się uczysz. Może dlatego mi się od razu spodobałeś.
Ichigo prychnął oburzony. Odwraca się, by ukryć rumieńce, co nie umyka uwadze albinosa.
Słonce na horyzoncie zaczyna chować się za kurtyną wysokich drzew roztaczając lepką, pomarańczową łunę. Bez słowa ruszyli z powrotem rzucając przed siebie długie cienie, kołyszące się niebezpiecznie blisko siebie. Zatrzymali się dopiero przed szkolną bramą, gdy różowa tarcza prawie całkowicie ustąpiła mrokowi nocy.
-Mam propozycję nie do odrzucenia...
-Ojciec chrzestny? Serio? Nie stać cię na nic lepszego?- kpi Ichigo
-Wybacz, muszę dopiero odświeżyć szekspirowskie klasyki. Ale do rzeczy- odchrząka- jutro o dziewiątej widzę cię przy kiosku, na przeciwko tamtego parku.
-Jutro jest sobota.
-Chcesz jeszcze mnie w jakimś temacie oświecić?- Shiro ironicznie podnosi jedną brew.
-Tak. Chyba cię powaliło jeśli sądzisz, że zmarnuję sobotę dla twoich widzimisię!
-Chyba musimy popracować nad twoim ubogim słownictwem, nie sądzisz?
-Wal się!
-Tak z całą pewnością musimy... To co? Nie spóźnisz się?
-Po co mam przychodzić?
-Będziesz mi potrzebny.
-Ale do czego?
-Do...-Hichigo zacina się po czym odwraca spojrzenie- dowiesz się jutro.
Po raz pierwszy zobaczył jak albinos jest zmieszany. Pierwszy raz, gdy to nie Ichigo unika kontaktu wzrokowego. Aż chce się śmiać.
-Shiro?- chłopak zrobił krok w kierunku albinosa.
Nie zdążył jednak zareagować, kiedy Hichigo gwałtownie się odsunął. Z rozbieganym spojrzeniem szybko się odwrócił i ruszył przed siebie. Już miał zniknąć na skrzyżowaniu, gdy się zatrzymał. Zakołysał się na piętach w przód i w tył. Jakby nie wiedząc czy coś zrobić, czy może iść dalej. Odwrócił głowę i się uśmiechnął.
-Jeżeli się spóźnisz kara będzie sroga!- powiedział po czym zniknął w ciemnej uliczce.
Choć wypowiedzianym słowom towarzyszył żartobliwy ton, zdanie te rozbrzmiewało jeszcze przez długi czas w głowie Ichigo. Poczuł zimny dreszcz i nie wiadomo, już który raz obejrzał się za siebie, wracając do domu. Każdemu słowu rozbrzmiewającemu w głowie, towarzyszyło spojrzenie albinosa, tak okrutnie niewspółgrające. Żółte ślepia znów pałały żądzą mordu i ukrywaną nienawiścią. Miażdżąca moc spojrzenia albinosa, mówiąca kto tu jest panem sytuacji, znów zmiotła resztki pewności siebie chłopaka. I nieważnie kim jest ten człowiek, jeżeli w ogóle nim jest, Ichigo nie ma zamiaru nawet myśleć o możliwości spóźnienia się na jutrzejsze spotkanie.
___________________________________________________________________
piątek, 13 września 2013
盗まれた愛 II
Pukanie.
-Wejść
-Grimmjow-sama- rzutka ze świstem i głuchym stuknięciem wbiła się w cel. Niebieskowłosy odwrócił się w stronę gościa i spojrzał z zaciekawieniem.
-Kto ci to zrobił?- mężczyzna instynktownie dotknął wykwitających siniaków na szyi ale nie odpowiedział.
Grimmjow podszedł do konferencyjnego stołu znajdującego się pośrodku pokoju, który mógłby być przestronny gdyby wcześniej nie opanowały go śmieci. Wszędzie stały kartonowe pudła, jakby ktoś dopiero się wprowadzał. Jednak zamiast zapachu nowości, wszystko przeżerał duszący odór pleśni. Człowiek bał się czegokolwiek dotknąć z obawy, że może złapać jakieś paskudztwo. Pewnie nie bezpodstawnie.
Stół stał pośrodku pomieszczenia, ale tak jakby go nie było. Zakrywały go sterty papierów. Całe góry druków, sprawozdań, rozdartych kopert, świerszczyków i dokumentów, których nikt nie chciał uporządkować. Stosy opakowań po żarciu na wynos i drugie tyle nie dokończonego jedzenia. Kubki, w których już coś zaczynało rosnąć. Co raz dotknęło powierzchni dębowego blatu nie miało prawa się już uwolnić.
Oparł się o krawędź i założył ręce. W oczach igrała mu wyraźna kpina
-Nie wiesz kto?- znów brak odpowiedzi-nieważne. Daj towar
Olbrzym stał jak skamieniały. Nie mrugał. Pewnie nawet nie oddychał
-Ogłuchłeś? Dawaj towar!
-Grimmjow-sama...- Jaegerjaquez się wyprostował i spojrzał uważniej
-Gdzie to kurwa jest?
-N-nie m-mmam
To był ułamek sekundy. Niebieskowłosy podskoczył do olbrzyma ze zwinnością pantery. Przyparł go do ściany i złapał za gardło. Ścisnął i wyciągnął ku górze. Po twarzy tamtego przemknął grymas bólu. Siła wściekłego Grimmjowa była nie do opisania
-Co ty zrobiłeś pojebie?!- włożył większy nacisk w place i wbił się głębiej w szyję- Jak to nie masz?! Gadaj, kurwa!
-Może mieć małe problemy z mówieniem- zielonooki zrobił gest wskazujący na szyję i zamknął za sobą drzwi- ale to tylko moja teoria ...
Jedną ręką rozpiął marynarkę i usiadł w głębokim fotelu stanowiącym dopełnienie ubogiego wyposażenia pomieszczenia. Przystojna twarz była niewzruszona, ale oczy z zainteresowaniem chłonęły całą sytuację.
Jaegerjaguez łypnął gniewnie na Ulquiorrę.
-Wiedziałem żeby nie dawać tej roboty czarnuchowi- puścił mężczyznę z obrzydzeniem i wrócił na swoje miejsce przy stole.
Rozsądek, albo obecność nowo przybyłego, wzięły górę. Niebieskowołosy wypytał olbrzyma. Tamten rzężąc co chwilę i ignorując ból zrelacjonował całe wydarzenie. Wszystko byle się do niego ponownie nie zbliżył. Tak działała aura Grimmjowa. Gdy tylko pozwolił mężczyźnie opuścić pomieszczenie Jaegerjaguez wbił krwiożercze spojrzenie w towarzysza
-Musisz się wpierdalać jak nikt cię nie prosi?- warknął
-Zabiłbyś go
-Należałoby się gnojowi. Spierdolił robotę
-Która należała do ciebie...
-Pierdol się- porwał rzutkę i z gniewem posłał ją w tarczę.
-To urocze. Masz już nawet moje zdjęcie- Ulguirra podszedł i wyciągnął jedną rzutkę ze swojego sfotografowanego ucha- szkoda tylko, że brak ci celności. Jak zwykle.
Znaczące spojrzenie zamurowało Grimmjowa. Już nabrał powietrza gotowy do jakiejś ciętej riposty, która nie nadchodziła. Sapnął z oburzeniem, a powietrze uszło z niego, jak z przebitego balonu. Odwrócił wzrok zażenowany i wbił go w blat. Kolejna wygrana zielonookiego.
-Co teraz zrobisz?- lituje się Ulquirra
-Co?
-Masz jakiś pomysł?- niebieskowłosy posyła jedno ze swoich wściekłych spojrzeń
-Czekaj, już wyciągam mój plan awaryjny na wypadek, gdy mojego goryla pobije ruda panienka!
-Aizen-sama nie będzie zadowolony...
-Mam być pod wrażeniem twoich umiejętności dedukcji?- Grimmjow unosi brwi- Nie, serio. Powiedz, bo nie wiem...
Świat jest pełen szyderców, a zielonooki nie reaguje na kpinę. Stoi z założonymi rękoma i wpatruje się w towarzysza. Stalowe spojrzenie zdaje się go przeszywać albo w ogóle go nie dostrzega. Jakby był za mały, zbyt błahy żeby zauważyć jego istnienie. Nienawidził tego.
-Myślisz to co ja?- kontynuuje Jaegerjaguez spacerując po pokoju - mają świeżaka?
-To wbrew zasadom- marszczy czoło jakby rzeczywiście się nad tym zastanawiał
-Owszem, umowa była inna. Mieliśmy poczekać, aż wszystko się uspokoi. Gliny nadal węszą -zatrzymuję się znienacka- trzeba działać!
-To co chcesz w końcu zrobić?
-Zabić gnoja...
Ulquirra patrzy w oczy mężczyźnie i znów widzi ten błysk. Utrata człowieczeństwa. Grimmjow przestał właśnie myśleć racjonalnie, a kontrolę nad systemem przejął instynkt. Zielonooki już widział wybuchy tamtego i tylko zastanawiał się do czego tym razem dojdzie i jak bardzo będzie musiał kombinować on sam żeby wszystko naprawić. Choć jeszcze wszystko działa, Uluguirra ciężko wzdycha. Zapina marynarkę i wygładza jej klapy.
-Do zobaczenia w domu- wychodzi z pokoju nie zamykając drzwi. Niebieskowłosy jednak tego nie dostrzega. Jest już zupełnie gdzie indziej.
***
Zatrzymali się na rogu obok kiosku.
-Stąd już trafisz, nie?
Ichigo niepewnie kiwa głową i wpatruje się w park po przeciwnej stronie ulicy. Doskonale widzi miejsce gdzie się zatrzymał i pomógł albinosowi. Na przekór świadomości chłopaka, zacieniona aleja emanuje kojącym sielankowym spokojem. Jakby wszystko przeczyło, że zdarzenia z przed godziny miały tu w ogóle miejsce.
Może to tylko sen? Albo raczej paskudny koszmar? Jeszcze się nie przebudziłem i pocę się w majakach w moim własnym łóżku. Zaraz Yuzu mnie obudzi! Wstanę i po chwili zapomnę o jeszcze jednym głupim koszmarze...
Jakby czytając w myślach chłopaka, Hichigo odzywa się
-Wiesz, że to nie jest koniec, prawda?
Rudowłosy nawet nie zareagował. Dalej wpatrywał się w drzewa po przeciwnej stornie. Chociaż w środku wzdrygnął się na słowa albinosa, to instynkt mu podpowiadał, że może mieć rację.
____________________________________________________________
-Wejść
-Grimmjow-sama- rzutka ze świstem i głuchym stuknięciem wbiła się w cel. Niebieskowłosy odwrócił się w stronę gościa i spojrzał z zaciekawieniem.
-Kto ci to zrobił?- mężczyzna instynktownie dotknął wykwitających siniaków na szyi ale nie odpowiedział.
Grimmjow podszedł do konferencyjnego stołu znajdującego się pośrodku pokoju, który mógłby być przestronny gdyby wcześniej nie opanowały go śmieci. Wszędzie stały kartonowe pudła, jakby ktoś dopiero się wprowadzał. Jednak zamiast zapachu nowości, wszystko przeżerał duszący odór pleśni. Człowiek bał się czegokolwiek dotknąć z obawy, że może złapać jakieś paskudztwo. Pewnie nie bezpodstawnie.
Stół stał pośrodku pomieszczenia, ale tak jakby go nie było. Zakrywały go sterty papierów. Całe góry druków, sprawozdań, rozdartych kopert, świerszczyków i dokumentów, których nikt nie chciał uporządkować. Stosy opakowań po żarciu na wynos i drugie tyle nie dokończonego jedzenia. Kubki, w których już coś zaczynało rosnąć. Co raz dotknęło powierzchni dębowego blatu nie miało prawa się już uwolnić.
Oparł się o krawędź i założył ręce. W oczach igrała mu wyraźna kpina
-Nie wiesz kto?- znów brak odpowiedzi-nieważne. Daj towar
Olbrzym stał jak skamieniały. Nie mrugał. Pewnie nawet nie oddychał
-Ogłuchłeś? Dawaj towar!
-Grimmjow-sama...- Jaegerjaquez się wyprostował i spojrzał uważniej
-Gdzie to kurwa jest?
-N-nie m-mmam
To był ułamek sekundy. Niebieskowłosy podskoczył do olbrzyma ze zwinnością pantery. Przyparł go do ściany i złapał za gardło. Ścisnął i wyciągnął ku górze. Po twarzy tamtego przemknął grymas bólu. Siła wściekłego Grimmjowa była nie do opisania
-Co ty zrobiłeś pojebie?!- włożył większy nacisk w place i wbił się głębiej w szyję- Jak to nie masz?! Gadaj, kurwa!
-Może mieć małe problemy z mówieniem- zielonooki zrobił gest wskazujący na szyję i zamknął za sobą drzwi- ale to tylko moja teoria ...
Jedną ręką rozpiął marynarkę i usiadł w głębokim fotelu stanowiącym dopełnienie ubogiego wyposażenia pomieszczenia. Przystojna twarz była niewzruszona, ale oczy z zainteresowaniem chłonęły całą sytuację.
Jaegerjaguez łypnął gniewnie na Ulquiorrę.
-Wiedziałem żeby nie dawać tej roboty czarnuchowi- puścił mężczyznę z obrzydzeniem i wrócił na swoje miejsce przy stole.
Rozsądek, albo obecność nowo przybyłego, wzięły górę. Niebieskowołosy wypytał olbrzyma. Tamten rzężąc co chwilę i ignorując ból zrelacjonował całe wydarzenie. Wszystko byle się do niego ponownie nie zbliżył. Tak działała aura Grimmjowa. Gdy tylko pozwolił mężczyźnie opuścić pomieszczenie Jaegerjaguez wbił krwiożercze spojrzenie w towarzysza
-Musisz się wpierdalać jak nikt cię nie prosi?- warknął
-Zabiłbyś go
-Należałoby się gnojowi. Spierdolił robotę
-Która należała do ciebie...
-Pierdol się- porwał rzutkę i z gniewem posłał ją w tarczę.
-To urocze. Masz już nawet moje zdjęcie- Ulguirra podszedł i wyciągnął jedną rzutkę ze swojego sfotografowanego ucha- szkoda tylko, że brak ci celności. Jak zwykle.
Znaczące spojrzenie zamurowało Grimmjowa. Już nabrał powietrza gotowy do jakiejś ciętej riposty, która nie nadchodziła. Sapnął z oburzeniem, a powietrze uszło z niego, jak z przebitego balonu. Odwrócił wzrok zażenowany i wbił go w blat. Kolejna wygrana zielonookiego.
-Co teraz zrobisz?- lituje się Ulquirra
-Co?
-Masz jakiś pomysł?- niebieskowłosy posyła jedno ze swoich wściekłych spojrzeń
-Czekaj, już wyciągam mój plan awaryjny na wypadek, gdy mojego goryla pobije ruda panienka!
-Aizen-sama nie będzie zadowolony...
-Mam być pod wrażeniem twoich umiejętności dedukcji?- Grimmjow unosi brwi- Nie, serio. Powiedz, bo nie wiem...
Świat jest pełen szyderców, a zielonooki nie reaguje na kpinę. Stoi z założonymi rękoma i wpatruje się w towarzysza. Stalowe spojrzenie zdaje się go przeszywać albo w ogóle go nie dostrzega. Jakby był za mały, zbyt błahy żeby zauważyć jego istnienie. Nienawidził tego.
-Myślisz to co ja?- kontynuuje Jaegerjaguez spacerując po pokoju - mają świeżaka?
-To wbrew zasadom- marszczy czoło jakby rzeczywiście się nad tym zastanawiał
-Owszem, umowa była inna. Mieliśmy poczekać, aż wszystko się uspokoi. Gliny nadal węszą -zatrzymuję się znienacka- trzeba działać!
-To co chcesz w końcu zrobić?
-Zabić gnoja...
Ulquirra patrzy w oczy mężczyźnie i znów widzi ten błysk. Utrata człowieczeństwa. Grimmjow przestał właśnie myśleć racjonalnie, a kontrolę nad systemem przejął instynkt. Zielonooki już widział wybuchy tamtego i tylko zastanawiał się do czego tym razem dojdzie i jak bardzo będzie musiał kombinować on sam żeby wszystko naprawić. Choć jeszcze wszystko działa, Uluguirra ciężko wzdycha. Zapina marynarkę i wygładza jej klapy.
-Do zobaczenia w domu- wychodzi z pokoju nie zamykając drzwi. Niebieskowłosy jednak tego nie dostrzega. Jest już zupełnie gdzie indziej.
***
Zatrzymali się na rogu obok kiosku.
-Stąd już trafisz, nie?
Ichigo niepewnie kiwa głową i wpatruje się w park po przeciwnej stronie ulicy. Doskonale widzi miejsce gdzie się zatrzymał i pomógł albinosowi. Na przekór świadomości chłopaka, zacieniona aleja emanuje kojącym sielankowym spokojem. Jakby wszystko przeczyło, że zdarzenia z przed godziny miały tu w ogóle miejsce.
Może to tylko sen? Albo raczej paskudny koszmar? Jeszcze się nie przebudziłem i pocę się w majakach w moim własnym łóżku. Zaraz Yuzu mnie obudzi! Wstanę i po chwili zapomnę o jeszcze jednym głupim koszmarze...
Jakby czytając w myślach chłopaka, Hichigo odzywa się
-Wiesz, że to nie jest koniec, prawda?
Rudowłosy nawet nie zareagował. Dalej wpatrywał się w drzewa po przeciwnej stornie. Chociaż w środku wzdrygnął się na słowa albinosa, to instynkt mu podpowiadał, że może mieć rację.
____________________________________________________________
czwartek, 29 sierpnia 2013
盗まれた愛 (Nusuma reta ai)
-Cholera!- wrzasnął i upadł z powrotem na łóżko z twarzą w poduszce, która musiała wysłuchać dalszej litanii przekleństw. Poczuł przeszywający ból rozchodzący się po udzie w górę. Złapał się za uderzone przy wstawaniu kolano, a łzy zakręciły się w oczach, po czym po cichutku spłynęły po policzkach chłopaka, by zaraz zniknąć wchłonięte przez pościel. Dobrą chwilę próbował złapać oddech, a gdy w końcu elektryczne napięcie opuściło jego mięśnie, ostrożnie usiadł spuszczając nogi z łóżka. Spojrzał na obolały staw. Przywalił w szafkę, którą miał usunąć z okolic łóżka już dawno temu, z taką siłą, że spodziewał się ujrzeć teraz rozkrwawioną miazgę i rzepkę na podłodze. Tymczasem jego naskórek lekko się zaczerwienił, ale bez żadnego zadrapania.
Ichigo wytarł wierzchem dłoni mokre oczy. W głowie przeleciały mu obrazy. Słoneczne niebo. Uśmiech mamy. W zawrotnym tempie mijane drzewa i słupy telefoniczne, latarnie. Dzwoniący telefon. Jej zagniewany głos. Ten kierowca ciężarówki. Wrzask. Wstrząs i nagła ciemność, do której wpadł próbując uciec przed bólem. Potem krople zimnego deszczu zalewały mu oczy, ale i tak wszystko widział. Ogień. Płomienie żywiołu żarłocznie lizały ich samochód dziwacznie powykrzywiany, jakby kulący się, zamykający w małym pudełeczku. Martwe oczy mamy.
Uśmiechnął się smutno do siebie, że też głupie kolano przywołało takie wspomnienia.
-Nii-chan!- dobiegło wołanie z dołu. To Yuzu czeka zapewne ze śniadaniem. Dwunastoletnia blondynka krzątająca się w kuchni od samego świtu to niecodzienny widok, jednak coś najbardziej zwyczajnego w domu Ichigo. Dziewczynka naturalnie wczuła się w tę rolę, od czasu gdy... po prostu ktoś musiał przejąć te obowiązki.
Leniwie wszedł do kuchni i lekko kuśtykając zajął miejsce przy rodzinnym stole z widokiem na kamienną wysepkę i resztę kuchni z takimi samymi blatami. Zaraz przed nim wylądowało na okrągłych półmiskach jeszcze parujące Tamagoyaki i miso. Rozłączył pałeczki i szybko wpakował sobie w usta cały kawał jajecznego przysmaku. Poczuł jak fala przyjemności powoli zalewa jego kupki smakowe i z wyraźnym odprężeniem osunął się na krześle. Musiał przyznać, Yuzu gotowała naprawdę świetnie i doskonale o tym wiedziała. Mówiły to jej duże brązowe oczy, teraz śmiejące się do brata.
Okaasan, pomyślał, znów Cię widzę każdego dnia. Przyglądając się młodszej siostrze wirującej w kuchni nie mógł powstrzymać się od nasuwającego się skojarzenia. Widzi matkę, w każdym ruchu, spojrzeniu i uśmiechu młodszej siostry żyje wspomnienie. To samo musiał pomyśleć ojciec, bo wchodząc nie przypuścił kolejnego bezsensownego ataku na swojego jedynego syna, tylko stanął w drzwiach i oparł się o spękaną framugę. Też patrzył na dziewczynkę, a jego oczy zaszkliły się od wypełniającej je miłości.
Resztki ckliwej atmosfery rozwiała Karin wbiegając jak huragan do kuchni, porywając tosta z talerza i wybiegając, z domu. Wszyscy na chwilę zamarli zastanawiając się czy wydarzenie z przed chwili rzeczywiście miało miejsce.
-Pewnie śpieszyła się na trening- pierwsza ocknęła się Yuzu- Siadaj, tato.
Isshin zajął wskazane miejsce, a Ichigo westchnął nad kolejnym nadchodzącym dniem.
Opuszczając dom podziękował za posiłek i zatrzasnął za sobą drzwi. Do pierwszego dzwonka miał jeszcze czterdzieści minut, jednak coś, jakby nieznajoma siła kazała mu już teraz wyjść. Instynktownie postawił pierwsze kroki w kierunku przystanku autobusowego, jednak szybko się rozmyślił i skierował w przeciwną stronę. Skoro ma tyle czasu, równie dobrze może pójść dłuższą drogą, przez wiśniowe aleje.
Szedł powoli pogwizdując pod nosem, a promienie słońca wesoło igrały w koronach drzew nad jego głową. Tylko czasami, któremuś udało się dotrzeć do głowy chłopca, wybuchając gorącym żarem w jego rudej czuprynie. Wokół życie powoli budziło się do życia. Dostrzegł w oddali kobietę z wózkiem, na pobliskiej ławce parę chłopców w jednakowych, granatowych mundurkach rozpakowujących jakieś białe zawiniątka na kolanach, nad których głowami prowadziły żarliwe rozmowy ptaki. Na twarzy Kuroskiego błąkał się uśmiech, gdy nagle silny wiatr wydął jego koszulę, zmuszając do postoju. Drzewa zatańczyły szalenie trzepocząc liśćmi, a ptaki nagle umilkły i gdzieś się skryły. Rudzielec spojrzał zaciekawiony za zabłąkaną foliową reklamówką, która przeleciała mu pod stopami.
Dziwne, jakby coś chciało żebym się tu zatrzym...- wyrwał go z myśli nagły ruch przed nim. Z przecznicy, którą miał właśnie mijać wybiegł chłopak, może niewiele starczy od niego. Zaraz za nim wyłonił się olbrzymi mężczyzna przypominający goryla, sapiąc i fucząc jak lokomotywa z gniewem wypisanym na twarzy gonił tego pierwszego. Ichigo zrozumiał, że chłopak ma kłopoty. Nie myślał długo i ruszył przed siebie biegiem. Wyminął chłopaka i przeciął drogę ogromnemu facetowi. Potrafił się bić, chodzenie do jego szkoły wymagało tej umiejętności by przetrwać. W rozpędzie wysunął lewą wyprostowaną rękę na wysokość gardła przeciwnika i w chwili zetknięcia powalił go na ziemie. Ten z hukiem zderzył się z twardą powierzchnią betonowych płyt alei i szybko przekręcił się na brzuch, podkulając pod siebie kolana. Ichigo stanął jak wryty i przyglądał się jak mężczyzna na ziemi krztusi się i kaszle. Działał pod wpływem impulsu i teraz bał się, że przesadził. Co jeśli uderzył go za mocno? Jeżeli on teraz nie jest w stanie oddychać? Jego oczy coraz szerzej się otwierały z przerażenia. Z letargu wyrwało go szarpnięcie. Poczuł jak coś go ciągnie za łokieć, podnosi i wlecze w kierunku z którego przyszedł.
-No rusz się do cholery!- usłyszał warknięcie chłopaka, który trzymał go za rękę. Ruszyli biegiem wzdłuż alei zaraz znikając w jednym z wyjść otoczonym bluszczowym łukiem. Wypadli na ulicę, którą szybko minęli, wnikając w las ciasnych blokowisk. Pędzili coraz szybciej mijając sklepy z brudnymi witrynami nie mające nic do zaoferowania , restauracje roztaczające woń zakładów pogrzebowych i szemrane kluby, z których dochodziły piskliwe, paniczne dźwięki muzyki. Lawirowali to w prawo, to w lewo i nawet jeśli Ichigo na początku próbował zapamiętać drogę po chwili dał sobie spokój, zdając sobie sprawę, że zadanie jest niewykonalne. Biegli coraz szybciej. Nieznajomy ciągnął chłopca wzdłuż zniszczonej, od dawna zamkniętej hali, wbiegli po wąskich schodach tuż za rogiem, na drewnianą platformę, z której zaraz zeskoczyli. Rudzielcowi tłukło się tylko w głowię, jak on się wdrapię na te drewniane cholerstwo gdy będzie wracać?! To ma przecież z półtorej metra wysokości! Niemalże frunęli i gdy chłopak myślał, że już więcej nie da razy i nie złapię następnego spazmatycznego oddechu nieznajomy puścił jego dłoń i stanął. Ichigo widział tylko jego plecy, jednak gdy wychylił się zza nich dojrzał kamienne schody prowadzące w czeluść. Widział jak każdy tandetny horror, film klasy B, zaczynał się, gdy para głównych bohaterów włazi właśnie w takie miejsca. Obiecał sobie, że on za żadne skarby nie zejdzie na dół. Nie było mu jednak dane dotrzymać przyrzeczenia bo znów został pociągnięty i mimo protestów zawleczony wprost w paszczę smoka.
Zamknął oczy. Usłyszał trzask, skrzypnięcie zawiasów i zamykanie drzwi. Nastała cisza, ale bał się otworzyć oczy i zorientować się, gdzie się teraz znalazł. Trwał tak, aż usłyszał zniecierpliwione
-Długo będziesz udawać księżniczkę? Spójrz na mnie!- poczuł bolesny ucisk na ramionach i niepewnie uchylił jedną powiekę. Ujrzał z bliska twarz chłopaka, którego postanowił uratować w parku. Przestraszony wyrwał się i odskoczył pod ścianę. Ciężko oddychając, panicznie macał ścianę za sobą w poszukiwaniu drogi ucieczki. Nigdzie nie było klamki, gdzie te drzwi? Przecież przed chwilą nimi weszli więc nie mogły tak po prostu zniknąć! Nie spuszczał wzroku z chłopaka i bacznie obserwował każdy jego ruch. Teraz mógł się mu dokładniej przyjrzeć. Był wyższy od Ichigo i niewiele lepiej zbudowany. Zaskakująca okazała się jego śnieżnobiała skóra i tego samego koloru niesforna czupryna na głowie. Jednak nie to przestraszyło Kurosakiego. Ujrzał jego oczy- żółte ślepia przepełnione wewnętrzną nienawiścią, nawet jeżeli skrzętnie ukrywaną, to mimo wszystko widoczną, gdzieś tam głęboko... to go przestraszyło. Nie wiedział czy albinos jego tak nienawidzi, czy też kogoś innego, ale osoba mająca w sobie tyle gniewu musiała stanowić niebezpieczeństwo. Dlatego od dłuższej chwili szukał ucieczki lub czegoś czym mógłby się obronić przed tym krwiożerczym potworem. A gdy już myślał, że gorzej być nie może:
-Shiro, masz to?- albinos spojrzał w stronę skąd dobiegał głos i zaraz z ciemności wyłoniła się śmiesznie ubrana blondynka. Miała na sobie sprany, wełniany sweter o wiele za duży na jej drobne ciało, sięgający kolan. Dalej ciągnęły się jej blade podrapane nogi, a na stopach dziewczyny zobaczył drewnianą parę geta, ze śmiesznym zielonym hanao, klekoczącą z każdym krokiem dziewczyny- Co się tak głupio gapi...- zamarła z chwilą gdy ujrzała Kurosakiego stojącego pod ścianą- Co to, do cholery ma być?!- palec dziewczyny oskarżycielsko powędrował w jego kierunku.
Poczuł się jak mysz złapana w pułapkę z celownikiem skierowanym prosto na niego. Serce zamarło mu w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Poczuł się niesamowicie mały, a jednocześnie zdał sobie sprawę, że nigdzie nie może się ukryć przed morderczym spojrzeniem dziewczyny, przypominającym wściekłego wilczura. Niemalże słyszał w swojej głowie jak dziewczyna warczy, wyobraził sobie jak rzuca się na niego z pianą toczącą z pyska i zabija go jednym kłapnięciem swoich silnych szczęk. Wzdrygnął się na kolejne słowa
-Po co przyprowadziłeś tu tego szczyla?!- Jeszcze raz zlustrował dziewczynę. Jej okrągła twarz i wielkie niebieskie oczy oraz fakt, że prawdopodobnie sięgałaby mu ledwie do piersi, mówiły mu, że dziewczyna może być co najwyżej w wieku jego młodszej siostry. Uczucie gniewu zapulsowało mu w skroniach. Co taka mała dziewucha robi w takim ciemnym, brudnym miejscu? I czemu zachowuje się tak jakby tu idealnie pasowała?
Albinos, który już miał imię, uśmiechnął się z rozbawieniem i ruszył w kierunku blondynki.
-Hyiori, nie pieklij się tak...- dziewczyna rzuciła nerwowe spojrzenie w kierunku Kurosakiego
-Baka! Nie zdradzaj mojego imienia!
-Nim się martwisz?- kiwnął głową w kierunku przestraszonego chłopaka- niepotrzebnie. Widzisz jego przerażone oczy? Myślę, że teraz stara się głównie nie zapomnieć jak się oddycha...
Zbliżył się bardziej do dziewczyny. Hyiori musiała zadrzeć głowę do góry by spojrzeć w oczy swojemu towarzyszowi, a musiała poświęcić jeszcze więcej siły i energii by wytrzymać jego miażdżące spojrzenie.
-Gdzie to jest?- parsknęła zażenowana i odwróciła głowę
-O tu...- wyciągnął przed siebie dłoń z małą brązową sakiewką, z dumą wypisaną na twarzy.
-Takie małe? pokarz!
-Nie- nie- nie- brązowy woreczek świsnął do góry i zakołysał się wesoło na palcu albinosa z wyraźnym brzękiem zawartości. Mała diablica zastygła zaskoczona.
-Co Ty wyprawiasz?- jej spojrzenie pobiegło ku górze, za wyciągniętą ręką chłopaka- Daj mi!
Wrzask dziewczyny wywołał tylko szerszy uśmiech na twarzy albinosa
-Jeżeli tak bardzo tego chcesz, to sama sobie weź- i ponownie zagrzechotał zawartością. Ta szybko podjęła wyzwanie i zaczęła skakać wokół albinosa szaleńczo machając chudymi ramionami. Wybijała się to z prawej, to z lewej nogi i gdy prawie sięgała opuszkami palców sakiewki, Shiro podbijał ją w górę, sprawiając, że znów znajdowała się poza zasięgiem dłoni dziewczyny. Nic nie była w stanie zrobić, sapiąc i grożąc, używając podstępów i zaskoczenia, drogocenny woreczek ciągle był tylko plamką nad jej głową, nie do pochwycenia. Prawdopodobnie mogliby tak walczyć do wieczora, gdy do pomieszczenia wszedł wysoki blondyn. Zgarbiony przemknął jak cień obok walczących i usiadł na kanapie po przeciwnej stronie pomieszczenia, niknąc w mroku. W ciemności zabłysły tylko jego oczy iskrą rozbawienia.
-Może skończycie się wygłupiać?-poniosło się echo po pomieszczeniu, a każde słowo odbite od zimnych, kamiennych ścian, zdawało się mocniejsze i twardsze od poprzedniego- zdaje się, że mamy gościa.
Oboje w popłochu ruszyli ku postaci na kanapie. Albinos nagle się zatrzymał, zmieszany odwrócił się i wrócił do Ichigo. Złapał go za zgięcie w łokciu i pociągnął w kierunku, z którego już dobiegała cicha rozmowa
-... ale on nie może tak robić!- mężczyzna westchnął i posłał Hyiori do innego pomieszczenia. Wśród cichych sprzeciwów i przekleństw wymruczanych pod nosem, dziewczyna wyszła, a bezimienny mężczyzna skupił stalowe spojrzenie na towarzyszu Shiro.
-Shirosaki, byłbyś tak miły i przestawił mi swojego przyjaciela?- uśmiechnął się blondyn, ale w jego głosie nie było ani odrobiny sympatii. Albinos nerwowo zacisnął dłonie na brzegach wymiętej koszuli i wodził wzrokiem dookoła, jakby szukając jakieś podpowiedzi na obdrapanych, szarych murach. Przypominał teraz małego chłopca. Stał tam bezradnie, bez słów czekając na karę za zwinięcie paru cukierków przed obiadem. Żadne słowa nie zakłócały panującej ciszy i coraz większe napięcie rozchodziło się w powietrzu. Ichigo zdjęło współczucie dla albinosa i nieśmiało wysunął się do przodu. Shiro wciągnął powietrze ze świstem i szerzej otworzył oczy, gdy plecy chłopaka przesłoniły mu sylwetkę jego szefa.
-Nazywam się Ichigo- lekko ukłonił się- J-ja chciałem pomóc.
Kolejną chwilę ciszy przerwał śmiech. Okrzyk wesołości zabrzmiał jak brzęk tłuczonego szkła, jego drobiny wbiły się w resztki pewności siebie Ichigo, który teraz skulił się sam w sobie i chciał wrócić na swoje miejsce. Zatrzymał go jednak władczy głos blondyna
-Czekaj- znów żarłoczny błysk stali jego oczu- wypada żebym też się przestawił. Nazywają mnie Shinji Hirako. Więc mówisz, że chciałeś... pomóc?
Chudy mężczyzna z zaciekawieniem pochylił się do przodu i czekał na odpowiedź.
-T-tak- Ichigo spojrzał na swoje dłonie, bał się podnieść wzrok na rozmówcę- po prostu myślałem...
Hirako znów zaatakował ściany swoim mroźnym, ale i hipnotyzującym śmiechem. Hichigo nie mógł tego wytrzymać. Wyrzucił na stół wspomniany brudny tobołek i po raz kolejny pociągnął za sobą rudzielca. Szybko przemknął korytarzem, który był ukryty w mroku po drugiej stronie pokoju. Wszędzie panowały egipskie ciemności, a mimo to albinos niezachwianie parł do przodu. Ichigo usłyszał pod stopami metaliczny stukot i poczuł jak zaczynają się wspinać ku górze. Po chwili zatrzymali się. Echem rozeszło się przeciągłe skrzypnięcie zawiasów i Ichigo został wciągnięty do jeszcze ciemniejszego i zimniejszego pomieszczenia, ale na szczęście wolnego od głosów z zewnątrz. Chłopaka już nikt nie trzymał, ale słyszał ciężki oddech albinosa gdzieś w pobliżu. Po chwili zapaliło się światło i Ichigo wkroczył do świata Shiro.
Rudzielec zamrugał parę razy z zaskoczenia. W pierwszej chwili nie dojrzał gospodarza, który stał przy biurku i przyglądał się chłopakowi.
Książki. Wszędzie książki i to nie na pułkach, których dostrzegł niewiele, ale poustawiane w stosach. Wszędzie. Na blacie, przy szafie, na parapecie i obok łóżka. Stare, zniszczone, czytane wiele razy. Gdy już się trochę uspokoił Ichigo poczuł charakterystyczny zapach, taki który unosi się w bibliotekach. Trochę duszący, ale przyjemny i uspokajający. Zrobił parę chwiejnych kroków i stanął pośrodku pokoju zachwycony.
-Siadaj-zaskoczony Ichigo spojrzał na albinosa i bezwiednie usiadł na krawędzi łóżka. Albinos zrobił krok w jego kierunku, ale jego mina nie wróżyła nic dobrego- i ściągaj spodnie...
-C-co?!- oczy rudzielca gwałtownie się otworzyły z przestrachu. Albinos ruszył w jego kierunku, na co chłopak gwałtownie przesunął się w tył. Gdy poczuł ścianę za plecami, Shiro już się nad nim pochylał.
-Głuchy jesteś?- brew Hichigo powędrowała w górę- powiedziałem, ściągaj spodnie!
-Nie!- chłopak zaczerwienił się i odepchnął albinosa. Chciał uciec, ale Shiro miał najwidoczniej inne plany. Gdy Kurosaki wstawał, albinos złapał go za ramię i powalił z powrotem na łóżko, usiadł na nim okrakiem i unieruchomił ręce chłopakowi tuż nad jego głową. Przybliżył swoją twarz do jego
-Nie każ mi być nieuprzejmym-Ichigo ujrzał szyderczy uśmieszek, który zmroził mu krew w żyłach- i zrób to, o co cię proszę.
Zaczął się szamotać i wiercić. Próbował wyrwać ręce, co tylko wzmocniło żelazny uścisk albinosa. Kręcił się, sapał, ale Shiro i tak miał więcej siły, i ani myślał poluźnić uchwyt.
-Puszczaj mnie do cholery!- ciężko dyszał Ichigo- zostaw mnie!
Kolejny szalony uśmieszek albinosa i Ichigo poczuł dotyk metalu na przegubach i cichy zgrzyt. Przerażony spojrzał w górę i zobaczył kajdanki. Ten debil przykuł go kajdankami do łóżka! Boże, ja tu zginę, pomyślał, ten psychol mnie załatwi!
-Skoro nie chciałeś po dobroci, załatwimy to w inny sposób...- poklepał Ichigo po twarzy i zsunął się niżej. Zatrzymał się na wysokości bioder. Odpiął miedziany guzik spodni chłopaka i powoli rozpiął jego rozporek. Ichigo zaczął szaleńczo wierzgać nogami
-Nie! Powiedziałem nie!-wyrzucał całe powietrze z płuc, co tylko wywołało kolejny grymas zadowolenia na twarzy Hichigo- odwal się, do cholery!!!
Wierzganie chłopaka uniemożliwiło Shiro kontemplację całej sytuacji, więc szybko zdarł jego spodnie i sięgnął do szafki. Usiadł mu na piszczelach i próbując się utrzymać przygniótł go swoim ciężarem do łóżka. Ichigo przerażony odwrócił twarz i błagał Boga, los, cokolwiek o ratunek. Czekał na najgorsze i już się nie opierał. Łzy zakręciły mu się w oczach i przygryzł wargę. Zapadła cisza i po chwili poczuł coś mokrego i zimnego na kolanie. Zaskoczony spojrzał. Shiro siedział pochylony nad chłopakiem i delikatnie wsmarowywał jakąś przezroczystą substancję w skórę na kolanie chłopaka.
-Jeszcze trochę, a tak by spuchło, że musiałbyś ciąć dżinsy żeby się z nich uwolnić- zaskoczona mina rudzielca była rozbawiająca
-Ale ... - albinos sięgnął jeszcze raz do szafki obok łóżka i wyciągnął rolkę bandażu. Rozwinął ją i zaczął opatrywać zranione kolano. Szybko i sprawnie zawiązał węzeł na uwieńczenie swojego dzieła i usiadł obok
-Co masz taką minę? myślałeś, że cię zgwałcę, czy co?
-Noo... tak- oczy albinosa iskrzyły teraz rozbawieniem i nie wydawały się już takie straszne jak na początku
-hmm... żałujesz, że tego nie zrobiłem?- znów jedna brew Shiro powędrowała wysoko ku górze. Pochylił się się nad chłopakiem i obdarzył go kolejnym wymownym półuśmiechem.
-Prze- stań!- zająknął się Kurosaki zaciskając powieki.
Shiro parsknął śmiechem na rumieńce chłopaka i sięgnął do nadgarstków rudzielca by je rozpiąć. Naburmuszony chłopak usiadł na łóżku pocierając przeguby. Nic nie mówił tylko obserwował z ukosa Hichigo, gotowy do ewentualnej ucieczki, gdyby tamten znów wpadł na jakiś głupi pomysł.
-Hej-szturchnął go albinos- widzę, że jesteś rozczarowany. Mogę to naprawić ...- przybliżył swoją twarz do ucha chłopaka i delikatnie dmuchnął. Ichigo zareagował błysakicznie. Przeszedł go dreszcz i zerwał się na równe nogi
-Jesteś powalony! Nie zbliżaj się do mnie!- krzyczał kierując się do drzwi
-Ekhmm... nie zapomniałeś czegoś?- rudzielec zatrzymał się w drzwiach. Rozbawiony albinos dalej siedział, a w ręce trzymał spodnie. Ichigo spojrzał w dół, na swoje nogi i zaczerwienił się jeszcze bardziej.
-Dawaj to!-warknął wyrywając spodnie i wciągając je szybko na siebie.
-Jak już widzisz, jestem zupełnie nieszkodliwy. Może usiądziesz?
Ichigo niepewnie rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu krzesła. Jedyne miejsce siedzące znajdowało się tuż obok albinosa na łóżku. Wolał nie ryzykować, przysiadł na blacie biurka i założył ręce.
-Czemu ten typ cię gonił?
-Nie wiesz?
-Dlatego cię pytam- Hichigo spojrzał z rozbawieniem i wygodniej rozparł się na łóżku. Nie miał zamiaru odpowiadać. Nastała cisza, która zmusiła Ichigo do uzmysłowienia sobie czegoś, co i tak już wiedział
-Jesteś złodziejem?- znów cisza- jesteś pieprzonym złodziejem! Nie wierzę!
Ruszył znów do wyjścia, ale albinos był szybszy
-Zejdź mi z drogi!
-Nie
-Nie chcę tu być! Wypuść mnie!
-Nie- Ichigo chciał popchnąć Shiro, ale spojrzenie albinosa zatrzymało jego rękę w połowie drogi. Ramie opadło. Tak jak determinacja chłopaka. Spróbował jeszcze raz, ciszej
-To było przestępstwo... nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Wypuść mnie- oczy albinosa zwężyły się, a usta wykrzywiły w sadystycznym uśmiechu.
-Pomogłeś mi- miażdżył wzrokiem chłopaka, który powoli z przestrachem zaczął się cofać. Trafił na biurko i znów znalazł się w pułapce- a to czyni cię współwinnym...
-J-ja... -Hichigo zmarszczył brwi w udanej parodii zmartwienia
-Cii...-przyłożył palec do ust chłopaka- spokojnie, wiem. Chciałeś tylko pomóc...
Wyraz przerażania w oczach chłopaka zdał się komiczny Shirosakiemu i wybuchł gromkim śmiechem. Ichigo w przejawie desperacji wyrwał się i dobiegł do drzwi. W tym samym momencie silne szarpnięcie zachwiało jego równowagą, a jego ręka boleśnie wykrzywiła się do tyłu. Nie miał czasu na żadną reakcję. Kolejne bolesne szarpnięcie za włosy wygięło jego głowę do tylu odsłaniając szyję. Zdławiony nagłym atakiem widział jedynie sufit
-Chciałeś wyjść tak bez pożegnania?-zimny oddech albinosa na szyi Ichigo, sprawiał, że ten wzdrygnął się.
-Odwal się!- Shiro pociągnął trochę mocniej włosy Ichigo. Cichy jęk bólu wskazał zwycięzce w tym starciu
-Tak jak myślałem- mruknął Shiro- chodź, odprowadzę cię- puścił chłopaka i pchnął go przed siebie w ciemność.
_________________________________________________________________
Ichigo wytarł wierzchem dłoni mokre oczy. W głowie przeleciały mu obrazy. Słoneczne niebo. Uśmiech mamy. W zawrotnym tempie mijane drzewa i słupy telefoniczne, latarnie. Dzwoniący telefon. Jej zagniewany głos. Ten kierowca ciężarówki. Wrzask. Wstrząs i nagła ciemność, do której wpadł próbując uciec przed bólem. Potem krople zimnego deszczu zalewały mu oczy, ale i tak wszystko widział. Ogień. Płomienie żywiołu żarłocznie lizały ich samochód dziwacznie powykrzywiany, jakby kulący się, zamykający w małym pudełeczku. Martwe oczy mamy.
Uśmiechnął się smutno do siebie, że też głupie kolano przywołało takie wspomnienia.
-Nii-chan!- dobiegło wołanie z dołu. To Yuzu czeka zapewne ze śniadaniem. Dwunastoletnia blondynka krzątająca się w kuchni od samego świtu to niecodzienny widok, jednak coś najbardziej zwyczajnego w domu Ichigo. Dziewczynka naturalnie wczuła się w tę rolę, od czasu gdy... po prostu ktoś musiał przejąć te obowiązki.
Leniwie wszedł do kuchni i lekko kuśtykając zajął miejsce przy rodzinnym stole z widokiem na kamienną wysepkę i resztę kuchni z takimi samymi blatami. Zaraz przed nim wylądowało na okrągłych półmiskach jeszcze parujące Tamagoyaki i miso. Rozłączył pałeczki i szybko wpakował sobie w usta cały kawał jajecznego przysmaku. Poczuł jak fala przyjemności powoli zalewa jego kupki smakowe i z wyraźnym odprężeniem osunął się na krześle. Musiał przyznać, Yuzu gotowała naprawdę świetnie i doskonale o tym wiedziała. Mówiły to jej duże brązowe oczy, teraz śmiejące się do brata.
Okaasan, pomyślał, znów Cię widzę każdego dnia. Przyglądając się młodszej siostrze wirującej w kuchni nie mógł powstrzymać się od nasuwającego się skojarzenia. Widzi matkę, w każdym ruchu, spojrzeniu i uśmiechu młodszej siostry żyje wspomnienie. To samo musiał pomyśleć ojciec, bo wchodząc nie przypuścił kolejnego bezsensownego ataku na swojego jedynego syna, tylko stanął w drzwiach i oparł się o spękaną framugę. Też patrzył na dziewczynkę, a jego oczy zaszkliły się od wypełniającej je miłości.
Resztki ckliwej atmosfery rozwiała Karin wbiegając jak huragan do kuchni, porywając tosta z talerza i wybiegając, z domu. Wszyscy na chwilę zamarli zastanawiając się czy wydarzenie z przed chwili rzeczywiście miało miejsce.
-Pewnie śpieszyła się na trening- pierwsza ocknęła się Yuzu- Siadaj, tato.
Isshin zajął wskazane miejsce, a Ichigo westchnął nad kolejnym nadchodzącym dniem.
Opuszczając dom podziękował za posiłek i zatrzasnął za sobą drzwi. Do pierwszego dzwonka miał jeszcze czterdzieści minut, jednak coś, jakby nieznajoma siła kazała mu już teraz wyjść. Instynktownie postawił pierwsze kroki w kierunku przystanku autobusowego, jednak szybko się rozmyślił i skierował w przeciwną stronę. Skoro ma tyle czasu, równie dobrze może pójść dłuższą drogą, przez wiśniowe aleje.
Szedł powoli pogwizdując pod nosem, a promienie słońca wesoło igrały w koronach drzew nad jego głową. Tylko czasami, któremuś udało się dotrzeć do głowy chłopca, wybuchając gorącym żarem w jego rudej czuprynie. Wokół życie powoli budziło się do życia. Dostrzegł w oddali kobietę z wózkiem, na pobliskiej ławce parę chłopców w jednakowych, granatowych mundurkach rozpakowujących jakieś białe zawiniątka na kolanach, nad których głowami prowadziły żarliwe rozmowy ptaki. Na twarzy Kuroskiego błąkał się uśmiech, gdy nagle silny wiatr wydął jego koszulę, zmuszając do postoju. Drzewa zatańczyły szalenie trzepocząc liśćmi, a ptaki nagle umilkły i gdzieś się skryły. Rudzielec spojrzał zaciekawiony za zabłąkaną foliową reklamówką, która przeleciała mu pod stopami.
Dziwne, jakby coś chciało żebym się tu zatrzym...- wyrwał go z myśli nagły ruch przed nim. Z przecznicy, którą miał właśnie mijać wybiegł chłopak, może niewiele starczy od niego. Zaraz za nim wyłonił się olbrzymi mężczyzna przypominający goryla, sapiąc i fucząc jak lokomotywa z gniewem wypisanym na twarzy gonił tego pierwszego. Ichigo zrozumiał, że chłopak ma kłopoty. Nie myślał długo i ruszył przed siebie biegiem. Wyminął chłopaka i przeciął drogę ogromnemu facetowi. Potrafił się bić, chodzenie do jego szkoły wymagało tej umiejętności by przetrwać. W rozpędzie wysunął lewą wyprostowaną rękę na wysokość gardła przeciwnika i w chwili zetknięcia powalił go na ziemie. Ten z hukiem zderzył się z twardą powierzchnią betonowych płyt alei i szybko przekręcił się na brzuch, podkulając pod siebie kolana. Ichigo stanął jak wryty i przyglądał się jak mężczyzna na ziemi krztusi się i kaszle. Działał pod wpływem impulsu i teraz bał się, że przesadził. Co jeśli uderzył go za mocno? Jeżeli on teraz nie jest w stanie oddychać? Jego oczy coraz szerzej się otwierały z przerażenia. Z letargu wyrwało go szarpnięcie. Poczuł jak coś go ciągnie za łokieć, podnosi i wlecze w kierunku z którego przyszedł.
-No rusz się do cholery!- usłyszał warknięcie chłopaka, który trzymał go za rękę. Ruszyli biegiem wzdłuż alei zaraz znikając w jednym z wyjść otoczonym bluszczowym łukiem. Wypadli na ulicę, którą szybko minęli, wnikając w las ciasnych blokowisk. Pędzili coraz szybciej mijając sklepy z brudnymi witrynami nie mające nic do zaoferowania , restauracje roztaczające woń zakładów pogrzebowych i szemrane kluby, z których dochodziły piskliwe, paniczne dźwięki muzyki. Lawirowali to w prawo, to w lewo i nawet jeśli Ichigo na początku próbował zapamiętać drogę po chwili dał sobie spokój, zdając sobie sprawę, że zadanie jest niewykonalne. Biegli coraz szybciej. Nieznajomy ciągnął chłopca wzdłuż zniszczonej, od dawna zamkniętej hali, wbiegli po wąskich schodach tuż za rogiem, na drewnianą platformę, z której zaraz zeskoczyli. Rudzielcowi tłukło się tylko w głowię, jak on się wdrapię na te drewniane cholerstwo gdy będzie wracać?! To ma przecież z półtorej metra wysokości! Niemalże frunęli i gdy chłopak myślał, że już więcej nie da razy i nie złapię następnego spazmatycznego oddechu nieznajomy puścił jego dłoń i stanął. Ichigo widział tylko jego plecy, jednak gdy wychylił się zza nich dojrzał kamienne schody prowadzące w czeluść. Widział jak każdy tandetny horror, film klasy B, zaczynał się, gdy para głównych bohaterów włazi właśnie w takie miejsca. Obiecał sobie, że on za żadne skarby nie zejdzie na dół. Nie było mu jednak dane dotrzymać przyrzeczenia bo znów został pociągnięty i mimo protestów zawleczony wprost w paszczę smoka.
Zamknął oczy. Usłyszał trzask, skrzypnięcie zawiasów i zamykanie drzwi. Nastała cisza, ale bał się otworzyć oczy i zorientować się, gdzie się teraz znalazł. Trwał tak, aż usłyszał zniecierpliwione
-Długo będziesz udawać księżniczkę? Spójrz na mnie!- poczuł bolesny ucisk na ramionach i niepewnie uchylił jedną powiekę. Ujrzał z bliska twarz chłopaka, którego postanowił uratować w parku. Przestraszony wyrwał się i odskoczył pod ścianę. Ciężko oddychając, panicznie macał ścianę za sobą w poszukiwaniu drogi ucieczki. Nigdzie nie było klamki, gdzie te drzwi? Przecież przed chwilą nimi weszli więc nie mogły tak po prostu zniknąć! Nie spuszczał wzroku z chłopaka i bacznie obserwował każdy jego ruch. Teraz mógł się mu dokładniej przyjrzeć. Był wyższy od Ichigo i niewiele lepiej zbudowany. Zaskakująca okazała się jego śnieżnobiała skóra i tego samego koloru niesforna czupryna na głowie. Jednak nie to przestraszyło Kurosakiego. Ujrzał jego oczy- żółte ślepia przepełnione wewnętrzną nienawiścią, nawet jeżeli skrzętnie ukrywaną, to mimo wszystko widoczną, gdzieś tam głęboko... to go przestraszyło. Nie wiedział czy albinos jego tak nienawidzi, czy też kogoś innego, ale osoba mająca w sobie tyle gniewu musiała stanowić niebezpieczeństwo. Dlatego od dłuższej chwili szukał ucieczki lub czegoś czym mógłby się obronić przed tym krwiożerczym potworem. A gdy już myślał, że gorzej być nie może:
-Shiro, masz to?- albinos spojrzał w stronę skąd dobiegał głos i zaraz z ciemności wyłoniła się śmiesznie ubrana blondynka. Miała na sobie sprany, wełniany sweter o wiele za duży na jej drobne ciało, sięgający kolan. Dalej ciągnęły się jej blade podrapane nogi, a na stopach dziewczyny zobaczył drewnianą parę geta, ze śmiesznym zielonym hanao, klekoczącą z każdym krokiem dziewczyny- Co się tak głupio gapi...- zamarła z chwilą gdy ujrzała Kurosakiego stojącego pod ścianą- Co to, do cholery ma być?!- palec dziewczyny oskarżycielsko powędrował w jego kierunku.
Poczuł się jak mysz złapana w pułapkę z celownikiem skierowanym prosto na niego. Serce zamarło mu w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Poczuł się niesamowicie mały, a jednocześnie zdał sobie sprawę, że nigdzie nie może się ukryć przed morderczym spojrzeniem dziewczyny, przypominającym wściekłego wilczura. Niemalże słyszał w swojej głowie jak dziewczyna warczy, wyobraził sobie jak rzuca się na niego z pianą toczącą z pyska i zabija go jednym kłapnięciem swoich silnych szczęk. Wzdrygnął się na kolejne słowa
-Po co przyprowadziłeś tu tego szczyla?!- Jeszcze raz zlustrował dziewczynę. Jej okrągła twarz i wielkie niebieskie oczy oraz fakt, że prawdopodobnie sięgałaby mu ledwie do piersi, mówiły mu, że dziewczyna może być co najwyżej w wieku jego młodszej siostry. Uczucie gniewu zapulsowało mu w skroniach. Co taka mała dziewucha robi w takim ciemnym, brudnym miejscu? I czemu zachowuje się tak jakby tu idealnie pasowała?
Albinos, który już miał imię, uśmiechnął się z rozbawieniem i ruszył w kierunku blondynki.
-Hyiori, nie pieklij się tak...- dziewczyna rzuciła nerwowe spojrzenie w kierunku Kurosakiego
-Baka! Nie zdradzaj mojego imienia!
-Nim się martwisz?- kiwnął głową w kierunku przestraszonego chłopaka- niepotrzebnie. Widzisz jego przerażone oczy? Myślę, że teraz stara się głównie nie zapomnieć jak się oddycha...
Zbliżył się bardziej do dziewczyny. Hyiori musiała zadrzeć głowę do góry by spojrzeć w oczy swojemu towarzyszowi, a musiała poświęcić jeszcze więcej siły i energii by wytrzymać jego miażdżące spojrzenie.
-Gdzie to jest?- parsknęła zażenowana i odwróciła głowę
-O tu...- wyciągnął przed siebie dłoń z małą brązową sakiewką, z dumą wypisaną na twarzy.
-Takie małe? pokarz!
-Nie- nie- nie- brązowy woreczek świsnął do góry i zakołysał się wesoło na palcu albinosa z wyraźnym brzękiem zawartości. Mała diablica zastygła zaskoczona.
-Co Ty wyprawiasz?- jej spojrzenie pobiegło ku górze, za wyciągniętą ręką chłopaka- Daj mi!
Wrzask dziewczyny wywołał tylko szerszy uśmiech na twarzy albinosa
-Jeżeli tak bardzo tego chcesz, to sama sobie weź- i ponownie zagrzechotał zawartością. Ta szybko podjęła wyzwanie i zaczęła skakać wokół albinosa szaleńczo machając chudymi ramionami. Wybijała się to z prawej, to z lewej nogi i gdy prawie sięgała opuszkami palców sakiewki, Shiro podbijał ją w górę, sprawiając, że znów znajdowała się poza zasięgiem dłoni dziewczyny. Nic nie była w stanie zrobić, sapiąc i grożąc, używając podstępów i zaskoczenia, drogocenny woreczek ciągle był tylko plamką nad jej głową, nie do pochwycenia. Prawdopodobnie mogliby tak walczyć do wieczora, gdy do pomieszczenia wszedł wysoki blondyn. Zgarbiony przemknął jak cień obok walczących i usiadł na kanapie po przeciwnej stronie pomieszczenia, niknąc w mroku. W ciemności zabłysły tylko jego oczy iskrą rozbawienia.
-Może skończycie się wygłupiać?-poniosło się echo po pomieszczeniu, a każde słowo odbite od zimnych, kamiennych ścian, zdawało się mocniejsze i twardsze od poprzedniego- zdaje się, że mamy gościa.
Oboje w popłochu ruszyli ku postaci na kanapie. Albinos nagle się zatrzymał, zmieszany odwrócił się i wrócił do Ichigo. Złapał go za zgięcie w łokciu i pociągnął w kierunku, z którego już dobiegała cicha rozmowa
-... ale on nie może tak robić!- mężczyzna westchnął i posłał Hyiori do innego pomieszczenia. Wśród cichych sprzeciwów i przekleństw wymruczanych pod nosem, dziewczyna wyszła, a bezimienny mężczyzna skupił stalowe spojrzenie na towarzyszu Shiro.
-Shirosaki, byłbyś tak miły i przestawił mi swojego przyjaciela?- uśmiechnął się blondyn, ale w jego głosie nie było ani odrobiny sympatii. Albinos nerwowo zacisnął dłonie na brzegach wymiętej koszuli i wodził wzrokiem dookoła, jakby szukając jakieś podpowiedzi na obdrapanych, szarych murach. Przypominał teraz małego chłopca. Stał tam bezradnie, bez słów czekając na karę za zwinięcie paru cukierków przed obiadem. Żadne słowa nie zakłócały panującej ciszy i coraz większe napięcie rozchodziło się w powietrzu. Ichigo zdjęło współczucie dla albinosa i nieśmiało wysunął się do przodu. Shiro wciągnął powietrze ze świstem i szerzej otworzył oczy, gdy plecy chłopaka przesłoniły mu sylwetkę jego szefa.
-Nazywam się Ichigo- lekko ukłonił się- J-ja chciałem pomóc.
Kolejną chwilę ciszy przerwał śmiech. Okrzyk wesołości zabrzmiał jak brzęk tłuczonego szkła, jego drobiny wbiły się w resztki pewności siebie Ichigo, który teraz skulił się sam w sobie i chciał wrócić na swoje miejsce. Zatrzymał go jednak władczy głos blondyna
-Czekaj- znów żarłoczny błysk stali jego oczu- wypada żebym też się przestawił. Nazywają mnie Shinji Hirako. Więc mówisz, że chciałeś... pomóc?
Chudy mężczyzna z zaciekawieniem pochylił się do przodu i czekał na odpowiedź.
-T-tak- Ichigo spojrzał na swoje dłonie, bał się podnieść wzrok na rozmówcę- po prostu myślałem...
Hirako znów zaatakował ściany swoim mroźnym, ale i hipnotyzującym śmiechem. Hichigo nie mógł tego wytrzymać. Wyrzucił na stół wspomniany brudny tobołek i po raz kolejny pociągnął za sobą rudzielca. Szybko przemknął korytarzem, który był ukryty w mroku po drugiej stronie pokoju. Wszędzie panowały egipskie ciemności, a mimo to albinos niezachwianie parł do przodu. Ichigo usłyszał pod stopami metaliczny stukot i poczuł jak zaczynają się wspinać ku górze. Po chwili zatrzymali się. Echem rozeszło się przeciągłe skrzypnięcie zawiasów i Ichigo został wciągnięty do jeszcze ciemniejszego i zimniejszego pomieszczenia, ale na szczęście wolnego od głosów z zewnątrz. Chłopaka już nikt nie trzymał, ale słyszał ciężki oddech albinosa gdzieś w pobliżu. Po chwili zapaliło się światło i Ichigo wkroczył do świata Shiro.
Rudzielec zamrugał parę razy z zaskoczenia. W pierwszej chwili nie dojrzał gospodarza, który stał przy biurku i przyglądał się chłopakowi.
Książki. Wszędzie książki i to nie na pułkach, których dostrzegł niewiele, ale poustawiane w stosach. Wszędzie. Na blacie, przy szafie, na parapecie i obok łóżka. Stare, zniszczone, czytane wiele razy. Gdy już się trochę uspokoił Ichigo poczuł charakterystyczny zapach, taki który unosi się w bibliotekach. Trochę duszący, ale przyjemny i uspokajający. Zrobił parę chwiejnych kroków i stanął pośrodku pokoju zachwycony.
-Siadaj-zaskoczony Ichigo spojrzał na albinosa i bezwiednie usiadł na krawędzi łóżka. Albinos zrobił krok w jego kierunku, ale jego mina nie wróżyła nic dobrego- i ściągaj spodnie...
-C-co?!- oczy rudzielca gwałtownie się otworzyły z przestrachu. Albinos ruszył w jego kierunku, na co chłopak gwałtownie przesunął się w tył. Gdy poczuł ścianę za plecami, Shiro już się nad nim pochylał.
-Głuchy jesteś?- brew Hichigo powędrowała w górę- powiedziałem, ściągaj spodnie!
-Nie!- chłopak zaczerwienił się i odepchnął albinosa. Chciał uciec, ale Shiro miał najwidoczniej inne plany. Gdy Kurosaki wstawał, albinos złapał go za ramię i powalił z powrotem na łóżko, usiadł na nim okrakiem i unieruchomił ręce chłopakowi tuż nad jego głową. Przybliżył swoją twarz do jego
-Nie każ mi być nieuprzejmym-Ichigo ujrzał szyderczy uśmieszek, który zmroził mu krew w żyłach- i zrób to, o co cię proszę.
Zaczął się szamotać i wiercić. Próbował wyrwać ręce, co tylko wzmocniło żelazny uścisk albinosa. Kręcił się, sapał, ale Shiro i tak miał więcej siły, i ani myślał poluźnić uchwyt.
-Puszczaj mnie do cholery!- ciężko dyszał Ichigo- zostaw mnie!
Kolejny szalony uśmieszek albinosa i Ichigo poczuł dotyk metalu na przegubach i cichy zgrzyt. Przerażony spojrzał w górę i zobaczył kajdanki. Ten debil przykuł go kajdankami do łóżka! Boże, ja tu zginę, pomyślał, ten psychol mnie załatwi!
-Skoro nie chciałeś po dobroci, załatwimy to w inny sposób...- poklepał Ichigo po twarzy i zsunął się niżej. Zatrzymał się na wysokości bioder. Odpiął miedziany guzik spodni chłopaka i powoli rozpiął jego rozporek. Ichigo zaczął szaleńczo wierzgać nogami
-Nie! Powiedziałem nie!-wyrzucał całe powietrze z płuc, co tylko wywołało kolejny grymas zadowolenia na twarzy Hichigo- odwal się, do cholery!!!
Wierzganie chłopaka uniemożliwiło Shiro kontemplację całej sytuacji, więc szybko zdarł jego spodnie i sięgnął do szafki. Usiadł mu na piszczelach i próbując się utrzymać przygniótł go swoim ciężarem do łóżka. Ichigo przerażony odwrócił twarz i błagał Boga, los, cokolwiek o ratunek. Czekał na najgorsze i już się nie opierał. Łzy zakręciły mu się w oczach i przygryzł wargę. Zapadła cisza i po chwili poczuł coś mokrego i zimnego na kolanie. Zaskoczony spojrzał. Shiro siedział pochylony nad chłopakiem i delikatnie wsmarowywał jakąś przezroczystą substancję w skórę na kolanie chłopaka.
-Jeszcze trochę, a tak by spuchło, że musiałbyś ciąć dżinsy żeby się z nich uwolnić- zaskoczona mina rudzielca była rozbawiająca
-Ale ... - albinos sięgnął jeszcze raz do szafki obok łóżka i wyciągnął rolkę bandażu. Rozwinął ją i zaczął opatrywać zranione kolano. Szybko i sprawnie zawiązał węzeł na uwieńczenie swojego dzieła i usiadł obok
-Co masz taką minę? myślałeś, że cię zgwałcę, czy co?
-Noo... tak- oczy albinosa iskrzyły teraz rozbawieniem i nie wydawały się już takie straszne jak na początku
-hmm... żałujesz, że tego nie zrobiłem?- znów jedna brew Shiro powędrowała wysoko ku górze. Pochylił się się nad chłopakiem i obdarzył go kolejnym wymownym półuśmiechem.
-Prze- stań!- zająknął się Kurosaki zaciskając powieki.
Shiro parsknął śmiechem na rumieńce chłopaka i sięgnął do nadgarstków rudzielca by je rozpiąć. Naburmuszony chłopak usiadł na łóżku pocierając przeguby. Nic nie mówił tylko obserwował z ukosa Hichigo, gotowy do ewentualnej ucieczki, gdyby tamten znów wpadł na jakiś głupi pomysł.
-Hej-szturchnął go albinos- widzę, że jesteś rozczarowany. Mogę to naprawić ...- przybliżył swoją twarz do ucha chłopaka i delikatnie dmuchnął. Ichigo zareagował błysakicznie. Przeszedł go dreszcz i zerwał się na równe nogi
-Jesteś powalony! Nie zbliżaj się do mnie!- krzyczał kierując się do drzwi
-Ekhmm... nie zapomniałeś czegoś?- rudzielec zatrzymał się w drzwiach. Rozbawiony albinos dalej siedział, a w ręce trzymał spodnie. Ichigo spojrzał w dół, na swoje nogi i zaczerwienił się jeszcze bardziej.
-Dawaj to!-warknął wyrywając spodnie i wciągając je szybko na siebie.
-Jak już widzisz, jestem zupełnie nieszkodliwy. Może usiądziesz?
Ichigo niepewnie rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu krzesła. Jedyne miejsce siedzące znajdowało się tuż obok albinosa na łóżku. Wolał nie ryzykować, przysiadł na blacie biurka i założył ręce.
-Czemu ten typ cię gonił?
-Nie wiesz?
-Dlatego cię pytam- Hichigo spojrzał z rozbawieniem i wygodniej rozparł się na łóżku. Nie miał zamiaru odpowiadać. Nastała cisza, która zmusiła Ichigo do uzmysłowienia sobie czegoś, co i tak już wiedział
-Jesteś złodziejem?- znów cisza- jesteś pieprzonym złodziejem! Nie wierzę!
Ruszył znów do wyjścia, ale albinos był szybszy
-Zejdź mi z drogi!
-Nie
-Nie chcę tu być! Wypuść mnie!
-Nie- Ichigo chciał popchnąć Shiro, ale spojrzenie albinosa zatrzymało jego rękę w połowie drogi. Ramie opadło. Tak jak determinacja chłopaka. Spróbował jeszcze raz, ciszej
-To było przestępstwo... nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Wypuść mnie- oczy albinosa zwężyły się, a usta wykrzywiły w sadystycznym uśmiechu.
-Pomogłeś mi- miażdżył wzrokiem chłopaka, który powoli z przestrachem zaczął się cofać. Trafił na biurko i znów znalazł się w pułapce- a to czyni cię współwinnym...
-J-ja... -Hichigo zmarszczył brwi w udanej parodii zmartwienia
-Cii...-przyłożył palec do ust chłopaka- spokojnie, wiem. Chciałeś tylko pomóc...
Wyraz przerażania w oczach chłopaka zdał się komiczny Shirosakiemu i wybuchł gromkim śmiechem. Ichigo w przejawie desperacji wyrwał się i dobiegł do drzwi. W tym samym momencie silne szarpnięcie zachwiało jego równowagą, a jego ręka boleśnie wykrzywiła się do tyłu. Nie miał czasu na żadną reakcję. Kolejne bolesne szarpnięcie za włosy wygięło jego głowę do tylu odsłaniając szyję. Zdławiony nagłym atakiem widział jedynie sufit
-Chciałeś wyjść tak bez pożegnania?-zimny oddech albinosa na szyi Ichigo, sprawiał, że ten wzdrygnął się.
-Odwal się!- Shiro pociągnął trochę mocniej włosy Ichigo. Cichy jęk bólu wskazał zwycięzce w tym starciu
-Tak jak myślałem- mruknął Shiro- chodź, odprowadzę cię- puścił chłopaka i pchnął go przed siebie w ciemność.
_________________________________________________________________
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)